Forum GOTHIC WEB SITE Strona Główna GOTHIC WEB SITE
Forum o grach z serii Gothic
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Opowiadanko żółtodzioba

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum GOTHIC WEB SITE Strona Główna -> Twórczość własna użytkowników
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Paladyn95
Przybysz


Dołączył: 08 Wrz 2008
Posty: 11
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 20:56, 04 Lip 2010    Temat postu: Opowiadanko żółtodzioba

Dobry wieczór! Witam szanowne panie i szanownych panów, z przyjemnością chciałbym zaprezentować wam moje opowiadanie.





Nieznajomy szedł pewnym, szybkim krokiem, księżyc świecił jasno. Tylko lekkie podmuchy wiatru które budził liście zakłócały ciszę. Gościniec był solidnie wykonany, wielkie kamienne kloce wgryzały się w ziemie na prawie pięć cali . Mimo wieczornej mżawki droga była w miarę słucha. Po obu stronach traktu rósł las, ciemny, dziki i niezbadany, jednak teraz wydawał się niemal przyjazny. Z daleka słychać było dumne pohukiwanie sowy chwalącej się udanym powrotem z polowania, srebrzyste krople deszczu odbijające blask księżyca wisiały na wielkich liściach niezliczonych gatunków drzew, całość dopełniał daleki odgłos rzeki. Wędrowiec zwolnił kroku, odwrócił się w stronę wielkiego uginającego się od czerwonych owoców drzewa jarzębiny. Pękate drzewko zaszeleściło, w dół na miękką jak puch ściółkę poleciało kilka rubinowych kulek. Podróżnik odruchowo chwycił za bogato przyozdobioną klingę miecza. Poczuł na swojej dłoni zawiły i cieki jak włos ornament, wiele razy zastanawiał się jak ludzkie a właściwie krasnoludzkie dłonie mogły stworzyć coś tak pięknego a jednocześnie przydatnego. Dzięki sieci kanalików i wybrzuszeń tworzących ornament miecz pewnie leżał w dłoni, nie mógł ,ba nawet nie miał prawa wyślizgnąć się ze spoconej ręki . Ostrożnie jakby z obawą o pochwę miecza wyją ostrze, klinga była dziwna, wręcz nienaturalna, nie połyskliwa odbijająca każdy promyk światła tylko szara, matowa nie odbijająca niczego, wyjątek stanowił srebrno-złoty napis, a dokładniej stary krasnoludzki wierszyk biegnący od rękojeści aż do czubka miecza, w przekładzie na wspólny brzmiał mniej czy więcej tak „ tylko tchórze uciekają, z kozami się puszczają”. Podziemny lud słyną z kilku rzeczy, między innymi z brakiem tolerancji seksualnej i głęboką nienawiścią do jakichkolwiek przejawów dezercji.
Krzak dla odmiany zabulgotał i zacharczał. Żaden człowiek nie dostrzegłby że za tamtymi chaszczami kryje się bestia, dla Nieznajomego mroki nocy nie stanowiły takiego problemu, nie widział wyraźnie co kryje się za zasłoną ciemności, jednak był pewien że coś tam jest, i z pewnością nie ma pokojowych zamiarów. Domyślał się co to może być. Dwa dni przed przeprawą przez rzekę zawadził o mała wioskę o dziwnej i niesłychanie trudnej do wymowy nazwie. Zaraz po wjechaniu do wsi został wzięty za sługusa Argosa, miejscowego hrabi i burmistrza Graton, nim zdążył wyjaśnić kim jest usłyszał opowieści o skrzatach sikających do mleka, demonie który bije cudze żony a nawet o pewnej kobiecie która podobno mieszka nieopodal w lesie w chatce z piernika… Po wysłuchaniu wszystkich historii i wyjaśnieniu nieporozumienia tłum szybko stopniał do kilku, sadząc po wyglądzie drwali. Ci opowiedzieli mu o bestii napotkanej w lesie, ta historia stanowiła wyjątek ponieważ mogła być realna. Z chęcią wysłuchał relacji wieśniaków o szarym, tłustym podobnym do człowieka stworze, który czai się w zaroślach by rzucić się niespodziewanie na nieostrożnych wędrowców czy pracowitych drwali, obalić ich a następnie delektować się świeżą zdobyczą. Z chęcią zobaczył ranę na prawym barku jednego z drwali. Po zbadaniu i zleceniu amputacji, uświadomił sobie że istota istnieje naprawdę a ponadto ma strasznie silny jad.
Krzak drgną ponownie. Czarny cień nabrał kształtów. Stwór w rzeczywistości miał około czterech łokci wzrostu i rzeczywiście był cały szary. Ręce o ile można było je tak nazwać były krótkie, grube i zakończone czterema długimi prawie na cal pożółkniętymi paznokciami. Całe ciało pokryte miał wielkimi zwisającymi fałdami tłuszczu. Z bliska można było dostrzec oczy, przerażające, doprowadzające do szału nawet najodważniejszych wojowników. Stwór sapał głośno wydawał się ospały i leniwy. Wędrowiec postąpił kilka kroków w przód. Potwór zawarczał groźnie, nerwowo potrząsną głową i niespodziewanie rzucił się w stronę wędrowca. On jednak czekał spokojnie i patrzył jak bestia zbliża się do Niego. W jednej chwili zrobił błyskawiczny obrót o trzysta-sześćdziesiąt stopni i ciął mieczem z całej sił. Bestia ledwo odskoczyła. Nie czekając długo wyprowadził drugi cios, słabszy lecz bardziej precyzyjny, celował w udo. Trafił prosto w aortę, krew siknęła na pobliski pień i na wielkie ciosane kamienie. Stwór zaryczał przeraźliwie, rzucił się do ucieczki. Kulejąc z zadziwiającą prędkością pomkną w stronę drzew. Wędrowiec ruszył za nim, rozpędził się wskoczył na pień, mimo śliskiej posoki nie stracił równowag, wyczekał moment i skoczył. W powietrzu wziął zamach, ciął tak samo jak za pierwszym razem mocno prawie na oślep. Klinga z łatwością przecięła skórę przeszła przez galaretowatą warstwę tłuszczy, kość obojczykowa złamała się jak sosnowy patyczek. Posoka znów trysnęła, ochlapała mu twarz, odruchowo zamkną usta bojąc się ze krew może być zatruta. Za późno. Poczuł jej smak na języku, gorzki i mdlący. Stwór w milczeniu upadł na kolana, rana z uda już nie krwawiła. Przez moment, przez jedną ulotną chwile jego oczy błysnęły a całe ciało przeszedł dreszcz. Chwile potem osuną się na czerwoną od krwi i miękką jak puch ściółkę leśną. Podszedł. Złapał oburącz rękojeść miecza gwałtownym ruchem wyrwał klingę.
-I poco ci to było- mrukną klęcząc nad trupem. Silnym ruchem rozwarł szczęki szarej istoty, wyją za pasa zakrzywiony sztylet i delikatnie podważył jeden z zębów. To samo zrobił z drugim zębem po przeciwnej stronie szczęki. Rozejrzał się dokoła odnalazł pękatą jarzębinkę. Poszedł w jej kierunku. Nieopodal znalazł małą jaskinie, smród był nieznośny, przyprawiał o mdłości i powodował łzawienie. Postanowił nie zapuszczać się w głąb pieczary. Staną kilka kroków przed wejściem, wzniósł ręce ku niebu, wypowiedział zawiłą formułę, następnie energicznie machną w stronę wejścia do jaskini. W całym lesie rozległ się huk i rumor spadających kamieni.
Minęło sporo czasu nim znalazł dobre miejsce na nocleg. W końcu znalazł małą polankę niedaleko gościńca. Niczego nie pragną bardziej niż ogniska, jego ciepła, przyjemnego zapachu palonych gałęzi świerku. Niestety konia i większość dobytku, wliczając w to krzemienie stracił przeprawiając się przez rzekę. Był zmęczony ale podjął ostatni wysiłek. Usiadła na środku polanki obok sterty szyszek które nazbierał. Wziął sosnowy patyczek. Popatrzył na niego uważnie. Wymamrotał kilka słów pod nosem. Nagle patyczek poczerwieniał i zaczął dymić. Wędrowiec cisnął patyk na kupkę suchych igiełek sosny . Ogień szybko strawił cienkie drewienka dopraszają się o więcej. Dorzucił szyszek do ognia i zasnął. Przed nim był jeszcze szmat drogi
Obudził się przed świtem. Ranek był zimny, chłód orzeźwiał i pobudzał do życia. Ognisko jeszcze lekko dymiło. Żaru było dość by się ogrzać. Podróżnik rozciągną się zrzucając z siebie płaszcz, głośno ziewną. Jeszcze raz poruszał zdrętwiałymi rękoma i nogami. Niespiesznie wstał i ukucną przy ognisku. Rozprostował zgrabiałe palce, poczuł jak przyjemne ciepło przenika do jego dłoni.
Z niechęcią zasypał ognisko, kilka chwil później był już gotowy do drogi. Raz jeszcze sprawdził miecz i ruszył w drogę. Po kilku godzinach marszu krajobraz zmienił się nie do poznania, las przerzedził się znacznie, gościniec ustąpił błotnistej drodze pełnej kolein, coraz częściej można było natknąć się na małe farmy.
Pierwsze zobaczył krwisto czerwone dachówki jednej z wież wtapiającej się mór okalający miasto. Baszta była wysoka na prawię pięćdziesiąt łokci długości, wprawne oko mogło dojrzeć w jednym z małych prostokątnych okienek strażników siedzących przy prowizorycznym stole zrobionym z pustej beczki.
-No Legren chluśniem bo uśniem- Powiedział jedne z strażników siedzących przy tak okrągłej beczułce.
-Ile razy mam Ci powtarzać jestem Lugren a nie jakiś Legren! A tak swoją drogą skąd masz to świństwo? Samogon czy jak?- Odpowiedział drugi wojskowy siedzący naprzeciwko.
-Jaki samogon! Toż to najprawdziwsza wódeczka z Mawerenu! Sam ją komendantowi podebrałem.
-Nie domyśli się?
-Wiesz co Legren, ty to jeszcze młody i głupi jesteś. Nie znasz naszego dowódcy czy jak? Przecie on ma tego więcej niż świnopas łajna.
-A że chla nao stop to nie domyśli się że zginęła mu flaszeczka czy dwie- dokończył tamten
-O cholera, ale to mocne! Tak po prawdzie to mam gdzieś czy się domyśli, włażę mu w rzyć od tak dawna ze prędzej zdechnie niż wpadnie że to ja, poza tym mogę mu kogoś podsunąć na przykład Siemka.
-Jego to akurat zostaw w spokoju Keled, ostatnio dowódca tak go zlał że chłopak miał złamane żebro. Po za tym według mnie to nie w porządku żeby ktoś inny za nas odpowiadał.
-Ty to jednak głupi jesteś Lugren
Samo miasto położne było na małym wzniesieniu, nazwę zawdzięczała wielkiemu czarodziejowi Gratonowi który sam zaoferował królowi stworzenie najbardziej wysuniętej na południe fortece która będzie dzielnie bronił tyłów królestwa. W rezultacie Graton nigdy nie stał się fortecą, może co najwyżej małą mieścinką którą nieustannie coś nękało czy to wampiry czy to inne plugastwa.
Doszedł do bramy. Zmęczony i przemoczony do suchej nitki deszczem padającym od południa.
-Hej Ty włóczęgo nie wejdziesz do miasta! Odejdź!- powiedział strażnik w niebiesko-srebrnym kirsie wymachując halabardą
-macie coś przeciwko jednemu włóczędze?
-mamy a...
-Co powiesz na zakład- przerwał-zanim zamachniesz się tym patykiem włożę ci o ten kamień w ci rzyć...
Wartownik zrobił się czerwony ze złości i chciał zamachnąć się halabardą jednak tamten był szybszy. W mgnieniu oka włóczęga chwycił trzon i wbił ostrze w piszczel strażnika. Gwardzista osunął się na murowany dziedziniec pod bramą. Z kańciapy koło bramy wybiegło kilku ludzi w takich samych barwach jak wartownik. Jeden dość chwiejnym krokiem wysunął się na przód. Miał na sobie jako jedyny zbroje wliczając w to okrągły hełm, który prawdę mówiąc przypominał stare przerdzewiałe wiadro.
-Do jasnej cholery Siemko, czy ciebie nie można zostawić samego na choćby pięć minut? Co się tu kurwa dzieje dlaczego twoja halabarda leży na bruku, dlaczego na wszystkie czarty ty leżysz na ziemi?!
-Nic się takiego nie stało ,po prostu dyskutowaliśmy o ...kamieniach a Siemko się potknął i upadł na halabardę ot cała historia...
-Tak to prawda- Powiedział biały jak wapno Siemko
-Co o kamieniach? Czyście się blekotu napili czy co? Ty włóczęgo zejdź mi z oczu a ty Siemko na posterunek.
-Ale sir kiedy ja ranny muszę odpocząć...
-Chyba tyś się naprawdę tego blekotu napił. Jeszcze jedno słowo a pożałujesz.- Stwierdził groźnie dowódca-No wstawaj na co czekasz, szybko w tej chwili to rozkaz.-Słysząc to nieznajomy miał nieodparte wrażanie ze przełożony czerpie z sytuacji nieopisaną radość.
-Juz wstaje...aaaaa! Psia krew !Już ,już wstaje panie dowódco –zaskomlił Siemko
-A ty czego tu jeszcze stoisz? Won! –krzykną ten w hełmie
-Juz idę - odpowiedział i oddalił się w zaułki Graton


Karczma była duża, wszędzie panował zapach pieczeni i rozcieńczonego piwa. Przy piecu wygrzewał się kot nie robiący sobie nic z wszędobylskich myszy. Na czarnych od dymu i pleśni desek pająki bez pośpiechu przędły swe sieci, świadome iż karczmarz jest zbyt tłusty i leniwy by wdrapywać się na górę tylko po to by niszczyć ich piękne dzieła. Całą karczmę oświetlało kilka świeć postawionych tu i ówdzie oraz sklecone byle jak okna z rybich pęcherzy. Przybysz podszedł do lady, zawołał oberżystę, ten niespiesznie odszedł od zapłakanej rudowłosej dziewczynki z rozdartą sukienką w okolicach kroku. Właściciel gospody nie odbiegał ani na jotę stereotypowi, wielki szary fartuch z licznymi plamami po sosie i tłuszczu osłaniał duży jak antałek piwa brzuch, oczy miał podkrążone i zapadnięte, twarz nie ogoloną świecącą się od potu. Widzą spojrzenie gościa gospodarz ubiegł pytanie
-Łajdacy i sprośnicy, pfu! Ale oni mnie już popamiętają. Nikt nie może tknąć mojej córeczki. Żeby mości pan widział jak niektórzy się na nią patrzą z chęcią bym im
gnaty poprzetrącał…Ale gdzie moje maniery, witam w karczmie pod Upitym Upiorem. Czego jaśnie pan sobie życzy? Piwa, noclegu a może jednego i drugiego?
- Po pierwsze nie jestem żadnym panem, jestem Marvik. Po drugie a ile to waćpan sobie życzy za nocleg
- piętnaście… no trzynaście koron, niedrogo naprawdę nie drogo.
-Polewkę i pieczeń baranią do tamtego stolika tylko żwawo.
-Tak jest panie- Odrzekł karczmarz odwróciwszy się z zamiarem dojścia do kotła
Marvik odszedł od lady poszedł w stronę stolika uprzednio zwinąwszy gąsiorek z gorzałką. Usiadł przy stole. Pociągną z gąsiorka. Źle wybrał, wódka którą podwędził była kiepskiej jakości a ponadto rozwadniana. Przeciągnął się, ziewną głośnie, rzucił okiem po sali. Szybko zauważył że przygląda mu się dwóch dość nieciekawie wyglądających typków, był gotów iść o każde pieniądze że do niego podejdą, na swoje nieszczęście miał rację. Pierwszy podszedł gruby i wysoki mężczyzna, całą pokrytą miał paskudnymi bliznami po ospie.
-Hej ty, twoja matka puścił się z gnomem- powiedział gulgoczącym głosem gruby.
-Patrząc na ciebie, widać że twoja nie miała tyle szczęścia.-Odpowiedział z przekąsem świadom tego co zaraz się stanie.
-On cię obraził Girim, na co czekasz pokarz temu przyjezdnemu kto rządzi w Upitym Upiorze- prowokował dużo niższy i łysy towarzysz.
- Słuchaj dziwolągu, my tu w Graton mamy taki zwyczaj ze każdy płaci nam ot tak z dobrego serca piętnaście koron. Rozumiesz?
-Rozumiem. Ale ja mam jeszcze lepszy zwyczaj, tam skąd pochodzę mówi się że wódka łagodzi obyczaje , nie mam pojęcia czy to prawda ale spróbować zawsze można, chcesz?- Powiedział spokojne Marvik. Błyskawicznie nie wiedząc jak ani skąd wyłonił się ten łysy z wyciągniętą ręką. Marvik nie czekają długo wziął zamach a następnie roztrzaskał gliniane naczynie na łysej głowie. Kawałki potłuczonego dzbanka z hukiem poleciały na brudną podłogę a rozcieńczony alkohol rozlał się na czole łysego.
-O rzesz ty...-Gulgoczący miał już w ręku taboret gdy nagle znieruchomiał, poczuł na swojej szyi klingę miecza którą wojownik wydobył w niebywale krótkim czasie.
-Zabierz kolegę opowiedz mu jak wódka łagodzi obyczajnie… Nie doniosę na was straży. No co się tak gapisz? Won! –Krzykną Marvik, w myślach błagał go by nie próbował już atakować, nie chciał go zabijać ogólnie rzecz biorąc starał się zabijać tylko w ostateczności. Girim szybko podniósł swojego nieprzytomnego kompana i skierował się w stronę wyjścia. Ku zdziwieniu Marvika nikt nie zwrócił na nich uwagi, jasne było ze takie sytuacje są tu częste i powszechnie akceptowalne .Dziewka przyniosła polewkę potem pieczeń , która podobnie do zupy pozostawiała wiele do życzenia. Zjadł szybko, był zmęczony ,chciał jak najszybciej się położyć.
Izdebka była mała ale dobrze wyposażona, zaraz przy drzwiach stał mały stolik na którym karczmarz zostawił mu świecę, po drugiej stronie pokoju znajdowało się łóżko a nad nim małe okienko. Do dyspozycji miał też sporą szafę i kredens ale z nich nie skorzystał.
Ranek był zimny. W karczmie panował mały ruch, kilku wczorajszych gości spała przy stole a kilku gotowych ich zastąpić właśnie wchodziło. Marvik jeszcze raz przeciągną się na schodach, zauważył karczmarza, po odrzuceniu zaproszenia na śniadanie wyszedł na podwórze. Spojrzał na dopiero co wschodzące słońce , pokiwał przecząco głową i udał się w stronę domu burmistrza. Miną piekarnię w której słychać było odgłosy gorączkowej pracy, następnie przeszedł koło bogato ozdobionego zamtuza który graniczył z świątynią. Po krótkim spacerze dotarł na rynek. Panował tam mały rejwach, kupcy rozstawiali pawilony a wszędobylskie dzieciaki robiły co mogły by utrudnić im to zadanie swoim nieustannym paplaniem i bieganiem. Skręcił w jedną z wąskich uliczek i dotarł do posiadłości burmistrza. Dom był wielki zbudowany z cegieł, posiadał spory ogród co w środku miasta było prawdziwą rzadkością. Został powitany przez lokaja który oświadczył ze jaśnie pan je i nie niemożna mu przeszkadzać. Marvik posłusznie poczekał. Został przyjęty gdy słońce było już prawie na samej górze czaszy nieba.
-Czego chcecie panie Marvik?- Zapytał wysoki szczupły człowiek z fikuśnym kapeluszem na głowie.
-Koło waszego miasta grasował potwór
-Potwór jak potwór zeżre wieśniaka czy dwóch i jest spokój ,czym się tu przejmować?- Stwierdził beztrosko burmistrz
-Tym -odrzekł- że ta bestia nie poprzestanie na dwóch czy dziesięciu chłopach, co powiedzą kupcy jeżeli to ich napadnie? Jedna karawana, druga, to długo nie potrwa nim handlarze zbuntują się i przestaną przyjeżdżać-Człowiek w fikuśnym kapeluszu widocznie pochmurniał
-Ile?- Powiedział krótko- sto więcej nie dam
-Sto dwadzieścia, panie starosto muszę z czegoś żyć.
-Sto dziesięć-odburkną niechętnie a w jego głosie było słychać że nie da więcej
-Dobrze, niech będzie sto dziesięć, gdzie mam odebrać?
-hola, hola mości panie a dowód gdzie? Mam na słowo dać wiarę? Co to, to nie! Będzie dowód będzie zapłata
-Czy to wystarczy-Odwiązał mały woreczek wyją z niego parę zębów i rzucił na stół. Starosta podniósł kły, uważnie przyjrzał się i powiedział
-Tak to wystarczy, idź do Wirlinga, tego który cię powitał i odbierz nagrodę-Lokaj czekał w holu, pierwszy się do niego odezwał.
-Przysyła mnie twój pan mam odebrać nagrodę
-Za mną-odrzekł beznamiętnie Wirling a następnie poprowadził go przez plątaninę korytarzy aż wreście dotarli do małej biblioteki. Służący bez namysłu wyciągną jedną z wielkich ksiąg, otworzył ją. Marvik spostrzegł ze w środku nie było stron był tylko pękaty mieszek
-Głupi buc prawda?- Powiedział nagle lokaj-Ma tyle pieniędzy zamiast ulokować je w banku gdzie leżały by sobie bezpiecznie trzyma je tutaj w bibliotece absurd –Wojownik lekko zmieszany nic nie odpowiedział
-Ile to miało być?
-Sto dwadzieścia-powiedział stanowczo a powieka nawet mu nie drgnęła
-Może nie lubię tego starego bufona ale nie dam go okradać powtarzam jeszcze raz ile? -odpowiedział z uśmieszkiem na ustach.
-Skoro wiesz że to nie sto dwadzieścia to sam mi wydaj odpowiednią nagrodę- Wirling podał mu sakiewkę i ponownie uśmiechną się sarkastycznie. Wojownik zmierzył go wzrokiem a następnie udał się w stronę wyjścia. Zaraz po tym jak zamknęły się za nim drzwi zajrzał do sakiewki. Dokładnie przeliczył wszystkie pieniądze , było to w sumie sto trzydzieści koron.

Postanowił udać się ponownie na targ. Rynek zmienił się nie do poznania wszędzie było pełno ludzi. Każdy przepychał się w niewiadomym kierunku. Kupcy darli się, zachęcali do kupna swych towarów, po środku na niewielkiej beczułce stał człowiek w czerwono niebieskim habicie nawołujący do zmiany swojego życia albowiem jak obrazowo się wyraził
-Bogów ogarnie wielki gniew i rozwalą ziemie i nawet zamtuz się nie ostanie.- Ostatnie słowa zwróciły uwagę niektórych wieśniaków lecz nie na długo. Marvik w końcu odnalazł handlarza koni, po długotrwałym lecz bezowocnym targu stanęło na dziewięćdziesięciu ośmiu koronach lub dwudziestu i mieczu. Wybrał tą pierwszą propozycje. Niziołek zaprowadził go za pawilon i kazał wybrać konia. Po szybkich oględzinach wybrał czarnego narowistego rumaka. Niemiał w zwyczaju nazywać koni, sądził ze nie należy się przyzwyczajać do niczego co można stracić wliczając w to konie ekwipunek i… kobiety.
Pozostało jeszcze odwiedzenie zielarza- Pomyślał. Stokroć od alchemików wolał zielarzy. Ci tylko rwali zioła i nic z nimi nie robili, alchemicy niechętnie odsprzedawali swoje zioła i na każdym kroku okazywali wyższość. Zaczął przedzierać się w stronę kramiku z ziołami, w połowie drogi spostrzegł ogromnie zbiorowisko ludzi podszedł z czystej ciekawości. Po przebiciu się na przód zbiorowiska ujrzał podest a na nim kata siedzącego na małym pieńku. Niechciał patrzeć na egzekucję lecz tłum zagrodził mu drogę powrotną, pozostało mu tylko stać i czekać. Tak zrobił. Po krótkim czasie wprowadzono skazańca. Tłum darł się niemiłosiernie jednak dwóch wieśniaków mówiło na tyle głośno by Marvik mógł usłyszeć o czym rozmawiają.
-A tak w ogóle to dlaczego go ścinają?- Zapytał jeden
-A co to za różnica za co? Ważne że ścinają. Jak dobrze pójdzie to juchą nas opryska-odpowiedział drugi zacierając ręce.
-W sumie to masz racje. O, już idą sza!
Na podest wkroczył skazaniec w eskorcie dwóch strażników. Jeden z nich wyją zwitek pergaminu i głośno odczytał
-W imieniu miłościwie panującego nam króla zostajesz Lugrenie
-Jestem Legren Ajnestbeer nie żaden Lugrem-Przerwał głośnym rykiem skazany
-…Zostajesz Lugrenie Ajnestbeer -Wartownik kontynuował nie robiąc sobie nić z wrzasków- skazany na śmierć przez ścięcie. Do najważniejszych zbrodni zalicza się okradanie towarzyszy w tym swojego dowódcy Jana z Akkis który nie zjawi się na twojej egzekucji ponieważ zmogła go choroba.
-choroba-prychną- pewnie leży teraz zalany w swoim łóżku i niema bladego pojęcia co się teraz dzieje
-Czy więzień chce powiedzieć coś przed śmiercią
-Nie, mam tylko prośbę nie chce mieć zawiązanych oczu, chce widzieć.
-Twe życzenie zostanie spełnione skazańcze, a teraz klękaj i kładź głowę na pniu. TY kacie czyń swoją powinność.
Kat chwycił topór uklękną przy Legrenie starodawnym zwyczajem prosił o przebaczenie, doczekał się tylko słów
-Rób co musisz ty winien nie jesteś.
W ostatnich sekundach życia nie słyszał już wycia tłumu, nie czuł już na szyi twardego pnia. Legren Ajnestbeer w ostatnich sekundach swojego życia patrzył, patrzył wzrokiem który wielu by przeraził lub nawet doprowadził do obłędu, lecz na Kelenie nie robiło to żadnego wrażenia widział taki wzrok już wiele razy i obojętne był mu to że był on właśnie skierowany na niego. Nie poczuł ostrza które z łatwością rozpłatał gardło. Krew trysnęła szerokim strumieniem, ochlapał rządnych posoki gapiów, zbryzgała też buty Kelena ale na nim nie zrobiło to żadnego wrażenia.
Minoł kram z słodkimi bułkami i rogalami a następnie znalazł się przy straganie z pękami ususzonych ziół. Właśnie miał poprosić o Hibiskusa i Łopianke gdy usłyszał głos kobiety ze straganu obok
-Ludzie ,Ludziska na pomoc! Złodziej tam o tam pobiegł -Wrzeszczała kobieta umazana cukrem pudrem na twarzy -Ludzie! Ludzie! Pomocy! Tam pobiegł-znowu wrzasnęła, tym razem pokazując rękom białą od lukru konkretny kierunek. Marvik szybko zauważył dziecko, czternasto no może piętnasto letnie uciekające na łeb na szyje z dwoma rogalami i jedną bułka. Wręczył lejce kobiecie umazanej lukrem i pobiegł w kierunku złodzieja. Miną kilka straganów, skręcił w jedną z wąskich uliczek i spostrzegł dziewczynkę w rozdartej sukience z czapką na głowie z pod której wystawały płomienno rude włosy, w ręku trzymała wypieki ukradzione ze straganu.
-Odejdź, nie wrócę tam! Nie wrócę do Niego, wole żyć na ulicy niż z Nim- Krzyczała lecz oczy zaczęły zachodzi łzami.
-Ja cię już gdzieś widziałem- powiedział, wpatrując się w jej rude włosy-wiem w karczmie siedziałaś na babeczkach z piwem i płakałaś
-Zamknij się, zamknij bo cię zabije!- Ponownie wrzasnęła lecz tym razem ze zdecydowaniem w głosie.
-Po co kradłaś, wolisz żyć na ulicy w rynsztoku?- Odpowiedział spokojnie bez nuty sarkazmu czy gniewu
-Tak! Wole mieszkać ze szczurami w rynsztoku i walczyć z nimi o ostatni kęs jedzenia niż mieszkać z Nim karczmarzem. Chcesz wiedzieć dlaczego?-
Cierpliwie czekał na odpowiedzieć nie poganiał jej ani o nic nie pytał
-Dawniej gdy jeszcze miałam rodziców, Lejdon ten oberżysta był bliskim przyjacielem moich rodziców- Zaczęła lekko pociągając nosem-Dni mijały normalnie, pobudka , praca w polu, dalej pomoc matce w obiedzie takie tam obowiązki wiejskiego bachora. Potem przyszła ta cała czarna śmierć. Ych- wzdrygała się- Do końca życia zapamiętam ich czarne palce, ich spazmatyczne jęki. Mimo to Mateczka i Tatko mówili ze umierają szczęśliwi bo oddają mnie w ręce Lejdon swojego najbliższego przyjaciela. Nie czekał długo, pierwszej nocy po przeprowadzce już do mnie przyszedł. Miałam wtedy dwanaście lat, rozumiesz? Od tamtego czasu przychodził do mnie co noc, co zmuszał mnie do takich rzeczy że aż wstyd mówić…Ale wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze, kiedyś próbowałam o tym komuś powiedzieć, donieść na niego ale nikt mi nie uwierzy zasmarkanemu bachorowi w dodatku śrocie, niemość że mi nie pomogli to jeszcze donieśli na mnie, że głupoty rozpowiadam że mu opinię szargam.
-Rozumiem-przerwał, próbując delikatnie złapać ją za ramie
-A ty gdzie z tymi łapami! Nie jestem już małą dziewczynką, nie trzeba mnie już pocieszać. Dzisiaj nareśće się na nim zemściłam-Dokończyła się a w jej oczach błysło coś strasznego.
-Co zrobiłaś? -zapytał bez emocji lecz w głębi wiedział. Zabiła go i miała racje. Za to co jej robił za to do czego ją zmuszał zabiła na pewno-pomyślał
-Otrułam go, nalałam mu do tego jego piwska jakiegoś świństwa i zdechł-Jej głos był pusty bez żadnych uczuć czy emocji
-Co teraz zamierzasz, będziesz kradła i żyła na ulicy? Prędzej czy później cię znajdą a wtedy pożałujesz że żyjesz.
-A mam inny wybór, gdzie mam iść? Do świątyni co, a może od razu do zamtuza?
-Za dwie godziny masz być pod północną bramą-odrzekł stanowczo, dziwiąc się sam sobie, nie wiedząc czemu pragnął jej pomóc.
-Po co, tylko wyjedziemy za bramę a ty mnie zgwałcisz i porzucisz w lesie na pastwę wilkołaków albo czegoś gorszego?
-Po pierwsze nie dodawaj sobie młoda panno jesteś koścista i za młoda jak na mój gust, po drugie niema tu wilkołaków.
-Koścista! Za młoda! Patrzcie go jaki wybredny!
-Po trzecie- nie dał sobie przerwać- ja bym na twoim miejscu zaryzykował. Będę czekał w południe przy północnej bramie, twoja wola czy będziesz tam czy tu walczyła z szczurami o zeschłą bułkę.-odwrócił się do niej plecami i poszedł do sprzedawczyni odebrać konia. Kupił zioła, poszwendał się jeszcze trochę po targowisku , znalazł stragan szwacza. Kupił małą, prostą ,sukienkę i wełnianą czapkę a następnie poszedł dalej.
krągły

Siedziała jeszcze chwilę, na twardym, kamiennym bruku wpatrzona w durzy zakrzywiony jak sierp rogal. Nie wiedziała co ma zrobić, zostać tu gdzie jest czy iść z tym nieznajomym. Oparła się o ścianę jednego z domów i pozwoliła by emocję wzięły nad nią górę, po jednym z jej rumianych policzków spłynęła łza, najpierw jedna potem druga. Czuła jak gardło robi się powoli czerwone a następnie puchnie od jej bezustannego szlochania. Teraz już wiedziała że tu w tym mieście może spotkać ją tylko śmierć, miała nadzieje że nieznajomy okaże się jednym z niewielu ludzi godnych zaufania, że zabierze ją gdzieś gdzie będzie mogła zacząć wszystko odnowa. Podniosła się, wytarła nos rękawem a załzawione oczy dłońmi.
-No już wstawaj, becząc nic nie zdziałasz.-Powiedziała sama do siebie tonem który miał być pewny i stanowczy lecz w jej przypadku, w przypadku dziecka płaczącego w rynsztoku brzmiał on zupełnie inaczej. Jeszcze raz przetarła twarz i ruszyła w drogę. Miała zamiar iść przez środek rynku ale po namyśle stwierdziła że dużo lepiej będzie ominąć go i stragan z rogalami szerokim łukiem. Weszła w jedną z ciasnych uliczek skręciła najpierw w jedną potem w drugą stronę, w myślach modliła się by nie spotkać żadnego pijaka ani kogoś kto mógłby ją skrzywdzić. Dziewczyna wiedziała że mimo małych piersi jest atrakcyjna nawet bardzo, często łowiła spojrzenia nachalny bywalców oberży wiedziała że patrzą się na jej smukłe uda i małą pupę.
Nierzadko słyszała sprośne żarty na jej temat i kierowane w jej stronę propozycję.
Jednak na Niej to wszystko nie robiło wrażenia, spływały po niej wszystkie docinki, sprośne żarty i ohydne propozycje. Ona wierzyła że jej tam niema że to wszystko to tylko zły sen, nawet karczmarz przychodzący co noc.

Zaraz miała wybić dwunasta. Marvik czekał pod północną bramą i bił się z myślami.
-Nie przyjdzie, na pewno nie przyjdzie. Boji się i nic dziwnego dostała niezłą lekcje życia. Takich jak ten Lejdon powinno się linczować-Myślał i czuł ze narasta w nim złość. Nagle zza małej i zniszczonej kamieniczki wyłoniła się dziewczyna. Podjechał do niej
-Masz przebierz się w to. Masz jeszcze czapkę, ani jeden rudy włos nie może z pod niej wystawiać. Jeżeli cię złapią to mnie razem z tobą a tego bym nie chciał.
Po kilku minutach wyszła zza zaułka. Suknia była widocznie nie trafiona, przydługawa zwisająca z kościstego ciała, natomiast czapka była idealna. Na tyle duża by pomieścić płomienno rude włosy dziewczynki i na tyle ciasna by nie spadać.
-Wsiadaj na konia. Daj pomogę ci. Teraz słuchaj uważnie jesteś obłożnie chora jedziemy do druidów, rozumiesz?-
Dziewczyna pokiwała głową, zgarbiła się, oparła głowę o szyje czarnego konia i głośno westchnęła. Koń szedł powoli trzymany za lejce. Dziewczynka kiwała się w siodle nieustannie wzdychając i pojękują, sprawiała wrażenie ciężko chorej. Przejechali bramę bez większych kłopotów. Strażnicy wręcz unikali małej sądząc że to tyfus. Mieli kilku kupców którzy chcieli dostać się do miasta, następnie wóz obładowany zbożem ciągnięty przez dwa muły. Po kwadransie, wjechali na gościniec.
-Gdzie jedziemy?- Zapytała rudowłosa
-Do świątyni Sulli bogini urodzaju i czegoś tam.-Odpowiedział od niechcenia Marvik
-Po co? Chcesz mnie tam zostawić? U tych klechów zboczeńców? Ha! Wiedziałam ze nie jestem od tego karczmarza.
-Uspokój się. W świątyni Sulli żyją tylko kapłanki więc na spragnionych starców raczej nie trafisz. Wracając do twojego pytania. Tak wiozę cię do świątyni by cię tam zostawić. Będziesz tam bezpieczna a przy okazji nauczysz się pisać i czytać.
Rudowłosa obrzuciła go tylko niemiłym spojrzeniem. Gdy czerwona tarcza słońca schowała się za konarami drzew , rozbili obóz. Marvik rozpali ognisko, mała była zachwycona sposobem jakim tego dokonał
-Magia, to najprawdziwsza Magia!- Krzyczała uradowana-Jesteś magiem? Kiedy się tego nauczyłeś? Pokarzesz coś jeszcze?- Dziewczynka zalała maga falą pytań.
-Spokojnie, tak jestem Magiem.-odpowiedział głosem spokojnym i powolnym wręcz denerwującym.
-Proszę pokarz mi coś jeszcze!- Dziewczynka zapiszczała z podniecenia
-Dobrze, Co by tu wybrać? A już wiem!- Marvik wygiął palce w niespotykany sposób następnie wypowiedział po cichu zaklęcie. Dziewczynce zaszumiało w głowie, kule światła zatańczyły przed jej oczyma .Nagle poczuła się strasznie sennie. Po chwili leżała już na posłaniu z mchu i paproci głośno chrapiąc. Mag szeroko się uśmiechną i powiedział sam do siebie
-Ach błoga cisza, nareście.

Po pewnym czasie ujrzeli mury chramu Sulli. Ściana czerwonych wysokich prawie na 3 Dojechali do bramy. Marvik złapał za metalową kołatkę i energicznie zastukał, echo odpowiedziało na walenie w drzwi. Wrota otworzyły się, powitała ich dziesięcioletnia dziewczynka w szarej prostej sukni.
-Bądźcie pozdrowieni wędrowcy, świątynia Sulli oferuje schronienie wszystkim niezależnie od wyznania czy przekonań. W imieniu głównej kapłanki zapraszam-Z niemałym trudem dziewczynka wyrecytowała całą formułę.
-Dziękujemy i zaproszenie przyjmujemy-odpowiedział Mag z udawaną dwornością. Na ustach gościł mu uśmieszek. Po krótkiej chwili ciszy Marvik uświadomił sobie że dziewczynka nie ma bladego pojęcia co dalej z nimi zrobić, podjął inicjatywę
-Zaprowadź mnie do kapłanki Megidy, twojej przełożonej.
- Kiedy Ja nie mogę…to znaczy chyba nie mogę zejść z posterunku…-Zajęczała adeptka z wyraźnym dylematem.
-Możesz, regulamin pozwala strażniczką odprowadzać gości do głównej kapłanki.-Powiedział wyraźnie rozbawiony sytuacją. Rudowłosa dziewczyna nic nie mówiła bo znowu spała.
Po rozważeniu za i przeciw akolitka poprowadziła Marvika i czarnego konia z rudowłosą dziewczynką na grzbiecie w mroki nocy.
-Konia oporządź, odparować do stajni, a Tej tutaj znajdź jakieś posłanie.-oddał jej lejce a następnie poszedł w stronę głównej kaplicy. Znał klasztor na pamięć, ponadto znał odpowiednie zaklęcia więc mroki nocy nie stanowiły dlań żadnej przeszkody. W dużej sali paliła się mała świeca oświetlająca rzędy ław po obu stronach kaplicy. Przy kopcącej świeczce klęczała kobieta ze splecionymi dłońmi wpatrywała się w posag bogini. Rzeźba przestawiał Sullię, kobietę mającą około dwudziestu lat przyodzianą w długą suknie z powpinanymi kwiatami. Długie proste włosy opadały poniżej piersi . Nie posiadała jakichkolwiek ozdób prócz korony. Stanowiła ona wyjątek ponieważ była z czystego srebra w przeciwieństwie posągu wyciosanego z kamienia.
-Matko- zaczął- przyprowadziłem ci nową adeptkę. Dziewczyna wiele wycierpiała w Graton. Przyjmiesz ją?
-A jak myślisz Marvik? Miała bym ją wyrzucić na bruk, tu jest świątynia Sulli, matki ziem i urodzaju. Przygarniamy wszystkich bez względu na…okoliczności. Pamiętasz jak ty tu przybyłeś-zamilkła na chwilkę, jakby pogrążając się we wspomnieniach.- Trafiłeś tu na wpół przytomny pokąsany przez jakieś podziemne cholerstwo.
-Herlicyn- wtrącił
-Co? Ach tak, tak przez Herlicyna. Ładnie cię on wtedy urządził. Rozszarpane udo, jad w żyłach. Oj Marvik, Marvik wiele się wtedy przy tobie napracowaliśmy. Odsysanie toksyny, zaszywanie uda.
-Dzięki tobie Matko nie kuleje-Powiedział z ciepłem w głosie
-Nie kulejesz, nie kulejesz! Powinieneś dziękować świętej Sulli że żyjesz do dziś nie wiem jak udało nam się zatamować krwawienie.
-Wasze zdolności i moja magia-odburkną niechętnie.
-Cały ty-zaśmiała się-wolał byś umrzeć niż dopuścić do siebie myśl że bogowie istnieją, a na dodatek ci pomogli.
-Cały ja-odpowiedział i skierował się w stronę wyjścia. Stojąc przy drzwiach zawahał się jednak i dodał
-Dziękuje ci za wszystko matko.
Poranek był zimny. Mag wyszedł na dziedziniec trząsł się. Zaklną z cicha. Październik a tak zimno-pomyślał. Poszedł w stronę studni, co prawda wodę przyniosły by mu adeptki ,ale dopiero o siódmej a to było dla niego za późno o siódmej miał już wyjeżdżać. Zaniósł wodę do swojej izdebki. Pokoik był mały, większego i tak nie potrzebował było w nim to co chciał łóżko, durzy mahoniowy stół i palenisko nad którym wisiał rondelek. Wlał wodę do rondelka usiadł przy stole, rozmyślał. Pożegnać się z nią czy nie-bił się z myślami-ta smarkula chyba mnie polubiła. Ja ją też.
Nie-powiedział sam do siebie, walną pięścią w stół- Nie mogę się z nią zaprzyjaźnić bo wtedy mogę za nią zatęsknić…a na to pozwolić sobie nie mogę.-Wstał zebrał swoje rzeczy poszedł w stronę stajni. Był już gotowy do drogi gdy usłyszał
-Chcesz tak wyjechać bez pożegnania?- Zapytała rudowłosa
-Tak chce wyjechać bez pożegnania, uratowałem cię i to tyle. Jeżeli chcesz mi jakoś podziękować to postaraj się nie przynieś mi wstydu.-Powiedział naj oschlej jak umiał
-Dlaczego? Weź mnie ze sobą, potrafię być pożyteczna umiem prać, gotować.
-Nie-znowu jego głos był oschły
-Nawet nie wiesz jak mam na imię, chcesz wiedzieć? Jestem…
-Nie! Nie chce wiedzieć jak masz na imię, co lubisz jeść i jaki jest twój ulubiony kolor. -Mówił bardzo szybko, stopniowo podnosząc głos
-Dlaczego! Tak bardzo ci się nie podobam, tak bardzo jestem odrażająca w twoich oczach? Odpowiedz!
-Nie- zaczął tym razem ze swoim miękin i spokojnym głosem- nie mam nic przeciwko tobie mała, po prostu nie chce się z tobą związać. Nie zrozum mnie źle ale nigdy nie przywiązuje się do rzeczy które mogę stracić, a ty taką rzeczą właśnie jesteś.-Dziewczyna nic nie powiedziała patrzyła jak Marvik poprawia strzemiona, wsiada na konia a potem znika na swym czarnym koniu w porannej mgle.
Muszę za nim jechać, musze uratował mnie-Pomyślała. Nie czekała długo. Zaraz po obiedzie gdy wszystkie kapłanki siedziały w kaplicy pogrążone w modlitwie, Ona wymknęła się do stajni .Oporządziła konia. Wsiadła na nań, poprawiła lejce i strzemiona była gotowa do drogi.
-Muszę go odnaleźć-powiedziała sama do siebie. Pogłaskała konia po grzywie i pomknęła ku północy tam gdzie pojechał Marvik


Pędziła jak oszalała ,na łeb na szyje na złamanie karku. Koń był niestrudzony biegł równo nie sapał ani nie dyszał. Wiedziała ze miała prawie pięć godzin straty do niego, modliła się by dogoniła go przed rozdrożem. Popędziła konia. Wjechała w kałuże, malutkie kropelki wody zrosiły jej twarz. Rżenie konia, echo uderzenia kopyt a kamienny dziedziniec ona tego nie słyszy , czuje tylko grzywę swojego wierzchowca, słyszy gwizd powietrza w uszach. Rozmazane kształty drzew szybko znikają jej z oczu. Koń pędzi. Nagle kątem oka dostrzega sylwetkę. Ogar staję dęba zrzuca ją na gościniec. Nagłe uderzenie o twarde kamienie wyrywa ją z transu. Poczuła potworny ból, w głowie jej zaszumiało. Z trudem wstała, z przerażeniem zobaczyła co przestraszyło konia. Wielka cztero i pół łokciowa bestii o strasznych ciemno żółtych oczach z pionowymi źrenicami. Blada skóra mocno naciągnięta na wystających kościach. Całość wieńczyły ogromne skrzydła z szarą błoną .Dziewczynka przełamała paraliżujący strach, pobiegła w stronę drzew. Wampir bez większego trudu poderwał się do góry i wylądował wprost przed rudowłosą. Dziewczynka podniosła z ziemi drąg i zaczęła nim wymachiwać na oślep. Wampir rozbawiony całą sytuacją zaczął udawać ze się cofa. Wyszli na gościniec. Modliła się by ktoś ja uratował. Sama nie wierzyła gdy usłyszała stopniowo narastający dźwięk końskich kopyt. Muszę wytrzymać jeszcze trochę, zaraz mnie ktoś uratuje-pomyślała.
-No choć mała, to nie będzie tak bolało…-Stwór zaśmiał się gardłowo. Dziewczynka cała zadygotała. Zdobywając się na odwagę wybełkotała tonem który miał budzić grozę.
-Zaraz przyjedzie tutaj wielki Marvik pogromca wszelkiego plugastwa i potężny mag.-Dziewczyna drżała owładnięta paraliżującym strachem. Odgłos końskich kopyt narastał a ona popełniła błąd, odwróciła wzrok od wampira i spojrzała w stronę skąd dobiegało echo końskich kopyt. Upiór tylko na to czekał, wzbił się w powietrze następnie zanurkował prosto w jej stronę. Obalił Ją na ziemie, czuła jego mały ciężar na swojej klatce piersiowej, smród potwora podrażnił jej nozdrza, echo kopyt było coraz głośniejsze. Naglę poczuła że dwie ostre rzeczy wbijają się jej w szyje, czuła swoją krew spływającą po ramieniu. Nie czuła bólu ani strachu tylko zimno i zapach drażniący nos. Nagle usłyszała okrzyk ale nie wampira czy innego potwora. Krzyczał Marvik poznała go. Upiór momentalnie odskoczył i wzbił się w górę. Mag puścił wodze , wygiął palce w przedziwny sposób i wyrecytował zawiłą formułę. Nagle w jego prawej dłoni pojawił się mały stopniowo rosnący płomyk. Odchylił się do tyłu, wziął zamach. Ognista kula pędziła wprost na potwora. Trafiła go w lewe skrzydło, deszcz iskier posypał się na ziemię. Potwór stracił równowagę lecz nie spadł na ziemię, machną kilka razy skrzydłami i wzbił się ponad korony drzew. Zaryczał dziko, runą w dół wprost na niego. Mag ponownie złożył palce w przedziwny znak. Czekał cierpliwie aż straszydło podleci bliżej. Wiedział ze wtedy cios kinetyczny będzie o wiele silniejszy. Monstrum był dwadzieścia cali od niego gdy uwolnił ładunek nagromadzonej energii. Wampir zawirował i runą w dół. Marvik miał chwilkę żeby się opanować ale nie zrobił tego. Chciał żeby nie nawieść go wypełniła, chciał czuć radość gdy będzie patrzył gdy stwór kona. Krwiopijca wstał, Marvik nie czekał zeskoczył z konia, pomkną z mieczem w dłoni w jego stronę. Pierwsze ciecie, celował w obojczyk i pierś, potwór odskoczył. Spróbował po raz drugi zamachną się, chciał odciąć szyje. W połowie ciosu wampir złapał ostrze, bordowa krew pociekła po jego nadgarstku. Koścista dłoń wraz z pazurami zacisnęła się mocniej na klindze. Wojownik robił co mógł ale miecz nie zbliżył się do krtani potwora nawet na cal. Nagle poczuł że rękojeść wyślizguje mu się z rąk. Potwór dziko zaryczał, wyrwał miecz i wyrzucił go w powietrze. Marvik zawtórował krzykiem i rzucił się na potwora. Oboje leżeli na ziemi. Mag leżący na krwiopijcy wyją zza pasa zakrzywiony sztylet, wykrzyczał głośno zaklęcie. Chłodny metal natychmiast poczerwieniał, po krótkiej chwili ostrze sztyletu było rozpalone do czerwoności. Wbił go pomiędzy żebra, z rany poleciał dym, poczuł zapach przypalonego mięsa. Stwór zaryczał dziko, wzbił się w górę zrzucając Marvika. Wampir próbował wznieść się wyżej lecz z łoskotem runą na gościniec. Mag podniósł się po woli, podniósł kij leżący koło rudowłosej dziewczyny. Roztrzaskał go o kolano. Podszedł powoli, wampir leżał na ziemi próbując wstać. Zbliżył się do niego na pięć kroków. Wypowiedział zaklęcie. Jeden z patyków drgną, wzniósł się powoli. Marvik skoncentrował na nim swoją złość i nienawiść. Powietrze świsnęło kołek pomkną w stronę dłoni wampira, przebijając ją i wbijając się w lukę pomiędzy kamieniami w gościńcu. Nim potwór wrzasną drugi kołek przebił mu dłoń. Podszedł do niego, rana już nie dymiła. Patrzył jak wampir spazmatycznie wierzga nogami. Wiedział że nie można go tak łatwo zabić. Podszedł jeszcze bliżej, ukucnął, mocnym walnięciem otwartej ręki wbił sztylet jeszcze głębiej, ostrze wraz z rękojeścią zniknęło w ranie. Stwór zaryczał, zaczął się dziko szamotać. Marvik wstał, wziął zamach i z całej siły kopną butem w ranę. Trysnęła bordowa krew. Ostrze dotarło do serca. Wampir zaryczał przeraźliwie z całej siły naprężył dłoń. Kołek drgnął, po chwili nastała cisza, stwór znieruchomiał.


Jeże to czytacie znaczy to że dotrwaliście do końca opowiadania, serdecznie wam za to dziękuje! Jeżeli macie jeszcze chwile chwilę czasu prosił bym o wystawienie dwóch ocen. Pierwsza ma dotyczyć tekstu jako ogółu a druga ma brać wszystko pod uwagę oprócz ortografii. Mam nadzieje że wszystko jasne, zachęcam do komentowania!


P.S Byłbym wdzięczny za rady dotyczące tekstu.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Paladyn95 dnia Nie 20:57, 04 Lip 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hadriel
Wojownik


Dołączył: 10 Gru 2008
Posty: 717
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 9 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 04:46, 05 Lip 2010    Temat postu:

Kurde czy ja dobrze czytam "żółtodzioba"? Wybacz ale tu mylisz się ty sam. Opowiadanko jest superowe. Tylko tak dalej.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Gothard
Generał armii
Generał armii


Dołączył: 11 Lip 2008
Posty: 3635
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 34 razy
Ostrzeżeń: 5/5
Skąd: wiem, że to czytasz?
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 07:14, 05 Lip 2010    Temat postu:

Cóż. Dam Ci 7/10 pod względem tekstu. Zauważyłem bardzo wiele błędów ortograficznych, czasem nawet bardzo rażących i radzę Ci używać worda jeśli bierzesz się za pisanie. Też często nie opisywałeś uczuć towarzyszących postaciom, często w dialogach mówiły po prostu na sucho przez co miałem wrażenie, że były to zwykłe, szmaciane lalki. Też radziłbym Ci trochę bardziej uchwycać chwilę bo widać, że umiesz się rozpisywać i pewnie stać Cię by przedłużyć niektóre momenty.
Pod względem ogółu masz 8/10. Fabuła bardzo ciekawa lecz nie wiadomo właściwie o co chodziło. Bohater dla mnie z deka przekoksowany a takich nie specialnie lubie. Tak samo jak w przypadku tekstu jako tekstu postacie mówiły jakby bez żadnych uczuć.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Cro
Generał armii
Generał armii


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 3377
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 45 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 08:24, 05 Lip 2010    Temat postu:

Cytat:
a druga ma brać wszystko pod uwagę oprócz ortografii


Bo jest to twoja najgorsza, strona więc jej nie mamy oceniać. Głupio się pokazałeś z tej strony.

A co do opowiadania, to może byk. Spodobało mi się fabularnie, no cóż ja lubię koksowatych bohaterów Razz . Najgorsze są te błędy ortograficzne. Zainstaluj Mozille! Podkreśla błędy!
A dialogi - to chyba najgorsze sprawa, czasami dziwne, suche i nie rozbudowane Razz .

7+\10


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karid
Gość





PostWysłany: Pon 09:28, 05 Lip 2010    Temat postu:

Składnia opowiadania, akcja i fabuła są dobre. Barwność stoi na cienkim poziomie. Postacie są jakieś takie... matowe według mnie. Ortografią to się nie popisałeś... To dla Ciebie duży "-". Ale dostaniesz od Kardozza tą 6 steczkę xD
Powrót do góry
Paladyn95
Przybysz


Dołączył: 08 Wrz 2008
Posty: 11
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 10:46, 05 Lip 2010    Temat postu:

Bardzo dziękuje za dotychczasowe komentarz.
Thunderforce napisałeś że "Też często nie opisywałeś uczuć towarzyszących postaciom, często w dialogach mówiły po prostu na sucho przez co miałem wrażenie, że były to zwykłe, szmaciane lalki." Zgadzam się z tobą całkowicie,
ale za cholerę nie umiem tego poprawić byłbym wdzięczny za jakieś konkretne rady dotyczące ubarwienia dialogów.


Hadriel napisałeś "Kurde czy ja dobrze czytam "żółtodzioba"? Wybacz ale tu mylisz się ty sam." Proszę bąćmy realistami, moim idolem jest A Sapkowski
za każdym razem próbuje porównywać się do Niego więc jeżeli popatrzeć na moje i jego prace żółtodziób sam ciśnie się na usta...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Karypto
Rycerz


Dołączył: 31 Gru 2007
Posty: 1450
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 14 razy
Ostrzeżeń: 2/5
Skąd: Strzelin
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 11:17, 05 Lip 2010    Temat postu:

Jeśli chodzi o bohaterów to spróbuj opisywać ich emocje, uczucia, myśli, opisz ich bardziej dynamicznie tak żeby czytelnik w miarę czytania ich poznawał. Jeśli tego nie zrobisz twoje opowiadanie mogłoby być równie dobrze o gadających zwierzątkach. I nie mogą być za silni, jeśli w pierwszym rozdziale napiszesz, że jakiś tam bogusław ubił milion super wyszkolonych i uzbrojonych żołnierzy to czytelnik raczej ciepło tego nie przyjmie.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hadriel
Wojownik


Dołączył: 10 Gru 2008
Posty: 717
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 9 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 11:45, 05 Lip 2010    Temat postu:

Paladyn proszę cię Sapkowski pisał swoje dzieła jak miał już trochę doświadczenia na karku. Ty ile piszesz swoje opowiadania no ile powiedz. Do Sapkowskiego i mi i tobie dużo brakuje więc nie rozpaczaj a nazywanie siebie żółtodziobem gdy jest to nie prawdą nic tu nie wnosi.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Gothard
Generał armii
Generał armii


Dołączył: 11 Lip 2008
Posty: 3635
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 34 razy
Ostrzeżeń: 5/5
Skąd: wiem, że to czytasz?
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 12:06, 05 Lip 2010    Temat postu:

Po prostu Sapkowski ma talent do tego. On złączył wiele rzeczy w jedną całość. Bajki..filmy...wiele rzeczy będzie się z czym innym kojarzyć. A co do dialogów...przykład:
-A co mnie to obchodzi...-odrzekł beznamiętnie i wzruszył ramionami.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum GOTHIC WEB SITE Strona Główna -> Twórczość własna użytkowników Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin