Forum GOTHIC WEB SITE Strona Główna GOTHIC WEB SITE
Forum o grach z serii Gothic
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Avinion: Nowa Nadzieja

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum GOTHIC WEB SITE Strona Główna -> Twórczość własna użytkowników
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Hidden
Wojownik


Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 952
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 16:31, 22 Lis 2009    Temat postu: Avinion: Nowa Nadzieja

Opowiadanie stworzone na szkielecie "Kronik Wodza".

Część I: Spisek
Rozdział I: Odkrycie


- Szybciej Kadar! Szybciej! – krzyczał Dazur uciekając przed pościgiem.
- Nie... nie daję rady! – odpowiedział, łapiąc co wyraz powietrze.
Nie przerywając biegu, spojrzał przez prawy bark na goniących ich strażników. Było ich czterech albo pięciu. Nekromanta skupił w sobie część ciemnej mocy. W jego dłoni zaczęła pojawiać się czarna kula, która po chwili opuściła Kadara i uderzyła w jednego z żołnierzy, błyskawicznie przynosząc mu śmierć. Pozostała czwórka zareagowała na to od razu. Jeden z nich wyciągnął kuszę i zaczął mierzyć w adeptów „Ręki Śmierci”, jednakże bez skutku. Niespodziewanie przed uciekinierami, pojawiła się kolejna dwójka obrońców Ralissy.
- Załatwię ich, a ty uciekaj! – wykrzyczał Dazur, do towarzysza.
- Nie, nie mogę...
- Musisz! To ty masz potrzebne informacje! – po tych słowach Dazur błyskawicznie wyciągnął z pochwy miecz i ruszył w kierunku strażników przed nimi. Pierwszego z nich powalił szybkim cięciem. Drugi uderzył go lekko w ramię, jednak to było bardzo korzystne dla wojownika, ponieważ szybkim ruchem ręki, wyssał część życia z przeciwnika, uleczając swoją ranę i błyskawicznie przebijając obrońcy tętnice. W geście zwycięstwa, Dazur uniósł miecz do góry. Niestety, zauważył to kusznik, który szybkim strzałem trafił prosto w serce wojownika. Adept upadł na ziemie.
- UCIEKAJ! – krzyknął z całej siły do Kadara, który chciał się zatrzymać, aby pomóc przyjacielowi. – UCIEKAJ MÓWIĘ! Nie martw się o mnie! Nekromanci mnie ożywią! – ostatnie słowa przekonały młodego człowieka, który ze łzami w jego brązowych oczach, minął swojego przyjaciela, którego czekała pewna śmierć.
- Muszę wypełnić zadanie. – powiedział sam do siebie Kadar, trzymając w lewej ręce jakiś przedmiot.

Nekromancie udało się uciec dopiero po jakiś dziesięciu minutach. Znalazł się nad jakimś jeziorem, najprawdopodobniej o nazwie „Elaras”. Rozejrzał się dookoła. Aby upewnić się, że nie będzie musiał już uciekać, spokojnym ruchem ściągnął maskę i czarną szatę, po czym podszedł w stronę zbiornika. Pochylił się spokojnie i ujrzał w wodzie swoje odbicie. Był jasnoskórym, chudym mężczyzną, z kwadratową twarzą, skrzywionym nosem i krótkimi czarnymi włosami. Na jego torsie znajdowała się piękna wyzłacana zbroja, która była prezentem od ojca.
- Gdyby wiedział, co ze sobą zrobiłem. – pomyślał zesmutniały nekromanta. – Zawsze chciał, abym został żołnierzem, takim jak on... zawiodłem go... ale w imię prawdy. – dodał w myślach Kadar, lekko poprawiając samopoczucie. Po chwili spokojnie odwrócił głowę w prawo. – Czas ruszać. – pomyślał, podnosząc się z ziemi i ruszając w stronę pustyni.

- A więc udało mu się. – powiedział mężczyzna o długich siwych włosach, ubrany w czarne szaty.
- Tak... mi powiedziano... – odpowiedział Nazad.
Jak przystało na głównego lidera nieumarłych, był bardzo tajemniczy. Zawsze zakładał czarny pancerz, wykonany ze skóry Bladescar’a oraz nogawice takiego samego rodzaju. Na jego nogach można było zauważyć piękne czarno-złote, płytowe buty, a na rękach, brązowe skórzane rękawice. Wszystkie części jego ubioru, były bezpiecznie ukryte, pod czarną, mroczną i zapewne magiczną, szatą. To wszystko dopełniała czarno-czerwona maska, przez którą musiał mówić odstępami, aby co chwila, nabierać powietrze.
- Przekazałeś informacje Darkinsowi ?
- Jeszcze... nie... . Musimy mieć... pewność.
W tej chwili, do Sali wszedł nieumarły strażnik, najwyraźniej z jakimiś informacjami.
- Mistrzu Kel’Nazadzie. – powiedział spokojnym tonem.
- Tak...
- Powrócił Ar-Kadar.
- Wreszcie... teraz będziemy mieli... pewność... wpuść go... – odpowiedział licz, po czym strażnik ukłonił się i wrócił po adepta. Po chwili był już z powrotem, tym razem, już z nekromantą.
- Witaj mistrzu Kel’Nazadzie. – zaczął nowicjusz, kłaniając się jednocześnie przed mentorem.
- Witaj Kadarze... A gdzie „zgubiłeś”... Dazura ?
- Dazur... – w tej chwili nekromanta na chwilę przycichł. – Dazur poświęcił się w imię Ręki. – dokończył.
- Nie martw się... o niego... . Za niedługo znów dołączy do nas... tym razem jako... „bardziej wartościowy... .Powiedz lepiej... czy masz berło.
Nowicjusz zaczął czegoś szukać po kieszeniach, w efekcie wyciągając małą, czarną kulkę którą podał mistrzowi.
- Świetnie... Świetnie! – wykrzyczał oszalały z radości licz. – Zasłużyłeś... na wielką... nagrodę.
- Dziękuję, mistrzu Kel’Nazadzie. – odparł z dumą Kadar.
- Udaj się do Sali... numer 5... . Zaczekaj tam... na mnie... mam coś jeszcze... do załatwienia... .
Po tych słowach nekromanta spokojnie powstał i udał się w głąb pomieszczenia, we wskazane miejsce.

- Mamy to Steadwicku... Mamy! – zaczął krzyczeń z radości Nazad.
- Muszę, pogratulować twojemu uczniowi. Nie sądziłem, że to się uda. – człowiek na chwilę zamyślił się. – Wezwijmy Darkinsa. On z pewnością powie nam, co powinniśmy uczynić dalej.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Hidden dnia Nie 16:34, 22 Lis 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hidden
Wojownik


Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 952
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 23:40, 28 Lis 2009    Temat postu:

Rozdział II: Imię ciemności
Strażnicy Twierdzy zaczęli zasypiać.
- Która to już godzina. – Zapytał jeden z nich.
- Około dwudziestej trzeciej. – Usłyszał w odpowiedzi.
- Cholera. Jeszcze godzina… - Warknął niezadowolony i zaspany powrócił na posterunek. Nagle usłyszał za sobą głos jednego z jego wartowników.
- Szefie! Szefie! Ktoś się zbliża!
- O tej porze. Pewnie złodzieje! Przygotować broń! – Wrzasnął, chwytając za swoją halabardę. – Dar! – Krzyknął w kierunku młodego chłopaka.
- Tak panie.
- Sprawdź, kto to. Tylko uważaj na siebie. – Powiedział dowódca, klepiąc chłopca po plecach.
- Tak jest. – Odpowiedział, z niewielkim podekscytowaniem chłopak, ruszając w kierunku niebezpieczeństwa.
Strażnicy usłyszeli kroki. Nastała cisza, cisza, podczas której można było poczuć jakąś dziwną, mroczną aurę, zbierającą się dookoła. I stało się. Wszyscy wartownicy ujrzeli tajemniczą, ciemnofioletową smugę, która popchnęła Dara na skałę i przyniosła mu natychmiastową śmierć. Wszyscy ze strachu znieruchomieli i spojrzeli do przodu. Przed nimi powstała wielka około 190cm postać, ubrana w ciemne szaty, zakrywające twarz i zbroję. W jej prawej ręce, znajdował się czerwony miecz emanujący mroczną energią, a w lewej ciemnofioletowy, pulsujący łańcuch. Ósemka obrońców zaczęła się cofać, jednak tajemniczy mężczyzna zrobił spokojny zamach łańcuchem, po czym spokojnie skierował go w ich stronę. Trzech ludzi padło martwych, a czwarty stracił dłonie i miał przeszyty brzuch. Pozostali ruszyli do ataku. Postać ściągnęła kaptur i dzięki światłu rzucanego przez jej bronie, można było ją dokładnie ujrzeć. Tak jak przypuszczali był on płci męskiej, jednak nie należał do rasy ludzi – był Nekasforem, człowiekiem, który poświęcił swe życie bogom, dzięki czemu otrzymał wielką moc magiczną, jednakże za cenę człowieczeństwa. Stał się on istotą mroczną, a jego skóra przybrała kolor ciemnej czerwieni.
Jednak ten napastnik, był inny niż jego bracia, był zdecydowanie potężniejszy magicznie od przeciętnego nekasfora oraz posiadał ciemnoczerwoną karnację z wieloma złotymi, najprawdopodobniej uzyskanymi magicznie, zdobieniami. Pierwszy z obrońców wymierzył cięcie w stronę napastnika, ten jednak zrobił spokojnie unik i jednym ruchem miecza, wyciął człowiekowi wszystkie żebra, łącznie z płucami i sercem. Błyskawicznie odwrócił miecz i zablokował atak następnego z wartowników oraz złapał go za rękę i zaczął wysyłać mroczną energię z łańcucha do krwi przeciwnika, który zaczął się palić. Ostatni ze strażników próbował uciec, jednak nekasfor dopadł go swoim łańcuchem i podzielił go na dwie części, od pasa w dół i w górę.
- Miło cię znów wiedzieć, Gonish. – Powiedział po pokonaniu wartowników napastnik.
- Ty! – Wykrzyczał ze złością przywódca strażników, odrywając wzrok, od bezrękiego wartownika, któremu udało się przeżyć. – Czego tu chcesz Darkins!?
- Cieszę się, że mnie pamiętasz. – Powiedział śmiejąc się jednocześnie nekasfor. – Słyszałem, że ktoś od was „pożyczył” berło.
- Działasz z nimi?! – Krzyknął przerażony strażnik
- Nie. Ich stosunki ze mną nazwałbym raczej, przyjacielskie. – Darkins odwrócił się od człowieka i spojrzał przed siebie. – Widzisz Jol, chodzi o to, że oni potrzebują przywódcy, twardego i nieugiętego…
- To, dlaczego ty im nie przewodzisz!? – Przerwał nekasforowi Gonish. – Albo ten ich „Kel’Nazad”!?
- Eh. Nazad jest tylko pionkiem w mojej grze. Oni wszyscy są moimi pionkami. Gdybym chciał, mógłbym się ich wszystkich pozbyć, ale… po co? Czy nie lepiej znaleźć coś, lub kogoś, co może sprawić abyśmy razem żyli w zgodzie i pokoju? Ponadto, jeżeli to coś daje mi stanowczą przewagę nad nimi, a oni jeszcze wykonają brudną robotę za mnie, to czy to się mi nie opłaci?
- Sądzisz, że to głupie berło, da wam władzę nad światem!?
- Ha Ha Ha. „Władza, nad światem”, czy wy ludzie, naprawdę jesteście tak ograniczeni umysłowo, że myślicie, że chodzi tutaj o władzę. Nie, tu chodzi o to, o czym wy zapomnieliście już dawno temu. Wspólnota, lojalność, przyjaźń. – Darkins przez chwilę pomyślał. – Mówi ci coś nazwisko Lording?
- Tak. To on stworzył te cholerne trupy! – Wykrzyczał Jol. W tej chwili Darkins odwrócił się i ruszył w kierunku gwardzisty. Gonish zaatakował go halabardą, jednak on spokojnie złapał ją za ostrze i z całej siły wyciągnął mu ją z rąk, po czym rzucił ją, gdzieś daleko za siebie. Nekasfor złapał człowieka za szyję i zaczął wrzeszczeć mu na twarz.
- Lording był bardziej oddany Ralissie, od wielu strażników. Należał do inkwizycji walczącej z orkami, dzięki czemu twoi dziadkowie, mogli spokojnie siedzieć w domu i puszczać bąki! – Darkins wypuścił człowieka z ręki i z całej siły kopnął go w brzuch. Jol zaczął zwijać się z bólu. – Ale nie martw się. Stephen powróci i da wam odpowiednią nagrodę. – Po dłoni Nekasfora, zaczęła krążyć czarna, pulsująca kula. – Czas umierać, Gonish. - Zaklęcie opuściło rękę Dakinsa i trafiło człowieka w pierś. Jol poległ martwy.
- Ty! – Odwrócił twarz w stronę bezrękiego strażnika. – Wrócisz do miasta i opowiesz ze szczegółami, co tu się wydarzyło. Jak się odwrócę i spojrzę w tym kierunku, ma cię tu nie być, bo drugiej szansy ci już nie dam. – Nekasfor odwrócił się i spojrzał przed siebie. Po jakiś dziesięciu sekundach ponownie spojrzał w miejsce leżącego strażnika. Już go nie było.

Kadar rozejrzał się po Sali. W zasadzie był to bardziej pokój gościnny, aniżeli sala. Znajdowały się tutaj wielki stół, krzesła oraz łóżko. Siedział tutaj bezczynnie od jakiś pięciu godzin i mimo, że słońce już dawno zniknęło, nie miar zamiaru, ani ochoty usnąć. Cały czas rozmyślał o Dazurze. Zawsze chodzili razem, na każdą wyprawę, misję czy po prostu na spacer. Wiele ze sobą rozmawiali, nie było między nimi żadnych tajemnic, tylko przyjaźń. Kadar wciąż nie mógł zapomnieć jego bladej, ale jakże wesołej, zawsze uśmiechniętej twarzy, z brązowymi i zawsze pomierzwionymi włosami. Ten jego uśmiech zastanowił Kadara nad jeszcze jedną kwestią.
- Czy my tu w ogóle pasowaliśmy. – Pomyślał w duchu nekromanta. Dazur, zawsze radosny i uśmiechnięty, on ciągle niepewny i roztropny oraz zadowolony z życia, byli idealnym zaprzeczeniem rasy nieumartych. A jednak – znaleźli się w jej szeregach, co prawda, jako żywi, ale to wkrótce miało się zmienić. W końcu zmęczenie i późna pora pokonały Kadara, który położył się na łóżku i zasnął, oczekując następnego poranka.

Do głównej Sali wpadł jak oszalały jeden ze strażników. Szybko skierował kroki ku Kel’Nazadowi i upadł na kolana. - Panie, Lordzie Steadwicku, gość nadszedł. – Powiedział w końcu.
- Świetnie. Świetnie. – Powiedział zadowolony człowiek.
- Wpuść… go. – Odpowiedział strażnikowi licz, po czym ręką rozkazał mu wstać i wpuścić gościa.
Już po chwili, do budynku weszła postać owinięta w czarne szaty. Widząc ją Nazad i Steadwick ukłonili się. – Witaj Darkinsie. – Powiedział mężczyzna, jeszcze bardziej pochylając głowę.
- Żeby wszyscy ludzie, byli tak dobrze wychowani jak ty, Steadwicku. – Powiedział z uśmiechem zrzucając szaty. Teraz dopiero, można było ujrzeć jego prawdziwą potęgę. Od wszystkich Nekasforów, odróżniało go to, że nie miał żadnych kolców na swoim ciele, więc mógł nosić normalne pancerze. Na czubku jego ciemnoczerwonej twarzy, można było zauważyć kilka czarnych, spalonych włosów, które idealnie stały w pionie. Jego piersi, zasłaniał charakterystyczny, czarno złoty napierśnik, z czerwoną literą „D”, która była logiem „Legionu Darkinsa”. Takiego samego koloru, były jego spodnie i buty, który również zostały wykonane z mrocznej płyty, znajdującej się w kopalniach, na terenach, Gerowin. Jako jedyny, z tu zgromadzonych, nie nosił rękawic – jego prawa ręka była wolna, a na lewej znajdował się „łańcuch piekieł”, artefakt, który dawał Darkinsowi ogromną potęgę. Niestety, nie dało się go ściągnąć – był on wbity w dłoń Nekasfora.
- Słyszałem, że udało wam się zdobyć berło. Jestem pod wrażeniem. – Powiedział po chwili Darkins.
- Tak… jak powiedziałeś.
- To bardzo dobrze. W takim razie, powinniście wiedzieć, że są jeszcze cztery takie artefakty: płaszcz, zbroja, naszyjnik i sztylet. Jeżeli odnajdziecie wszystkie i połączycie je z krwią zdobywcy sztyletu, Stephen Lording powróci.
- A my… udowodnimy… naszą… potęgę… - dodał Kel’Nazad.
- Mógłbym poznać tego, który zdobył berło? – Zapytał licza.
- Ależ… oczywiście… - odpowiedział umarły przywołując jednego ze strażników do siebie.

Rozległo się pukanie do drzwi Sali. Kadar otworzył jedno oko.
- Co jest? – Zapytał po cichu, jeszcze zaspany nekromanta.
- Mistrz Kel’Nazad, wzywa cię do Sali 2. Ktoś chce z tobą rozmawiać. – Odpowiedział strażnik przez drzwi.
- Przekaż im, że będę za chwilę. – Odparł, błyskawicznie powstając z łóżka i ubierając swój strój bojowy. Po chwili był już gotowy i opuścił pokój.

Drzwi do Sali numer 2 otworzyły się.
- Przepraszam, że tak późno, ale…
- Spokojnie… Kadarze. – Przerwał nowicjuszowi licz. – Jest tu… ktoś… kto chciałby… cię poznać… - po słowach Nazada, Darkins powstał, podszedł do Kadara i podał mu rękę.
- Witaj. Jestem Darkins.
- Witam… panie. Jestem Ar-Kadar.- Odpowiedział zakłopotany zaistniałą sytuacją człowiek.
- Nie musisz mi mówić panie. – Spokojnie odpowiedział nekasfor. – Chciałbym ci tylko, pogratulować odzyskania berła. Wiesz, w jakim celu jest nam potrzebne?
- Ku chwalę „Ręki Śmierci”. – Odpowiedział pewnie Nazad, spoglądając na zadowolonego Steadwicka.
- Istotnie. – Uśmiech Nekasfora, trochę zmalał. – Słyszałem, że podczas odzyskiwania berła, zginął twój przyjaciel. – Zadumał Darkins, zwracając uwagę, na reakcje młodzieńca.
Kadar poczuł się zakłopotany pytaniem. W normalnych okolicznościach, przytuliłby się do Nekasfora i zaczął płakać, jednak teraz, stał tutaj przy trzech najważniejszych postaciach rebelii, a jakakolwiek oznaka słabości, mogłaby go wiele kosztować. Po chwili nabrał powietrza i odpowiedział przeciw sobie. – Dazur był tylko moim wspólnikiem. – Wypalił.
Reakcja Darkinsa, trochę go zaskoczyła. Nekasfor z uśmiechem na ustach spokojnie przeszedł obok niego i poklepał go po plecach. – Możesz odejść. – Powiedział.

- I co o nim sądzisz? – Zapytał uśmiechnięty Steadwick, po wyjściu nekromanty.
- Jest bardzo oddany. Będziecie mieli z niego pożytek. – Powiedział z rozczarowaniem w głosie Darkins.
- My. Co ja słyszę? Przecież nie tak dawno mówiłeś, że widziałbyś chłopaka w swoich szeregach. Zrobiłbyś z niego demona! – Powiedział zaskoczony Steadwick.
- Po pierwsze, nie demona, a nekasfora, nie wiesz nawet ilu ludzi zabiłem, przez tą „pomyłkę”. Po drugie, już go nie chce. – Westchnął Darkins.
- A więc… możemy...
- Tak. Możecie go zabić. – odpowiedział ze smutkiem Darkins.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Hidden dnia Nie 01:18, 29 Lis 2009, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hidden
Wojownik


Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 952
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 21:38, 23 Gru 2009    Temat postu:

Po długiej przerwie, w końcu skończyłem rozdział oznaczony numerkiem "III". Proszę o komentarze i rady.

Rozdział III: Plan Steadwicka

- Nie! Nie mogę na to pozwolić! – wykrzyczał w gniewie człowiek.
- Ale weź… pod uwagę… że…
- Nie! Bardziej będzie nam potrzebny jako żywy! – przerwał Nazadowi coraz bardziej rozwścieczony Steadwick.
- Lordzie. On jest jednym z najlepiej wyszkolonych… - zaczął jeden z nieumarłych magów, jednak „zdrajca” znów zaczął wrzeszczeć.
- Mam to gdzieś! On jest nam potrzebny jako żywy, nekromanta, a nie jako jeden z waszych cholernych liczy!
W Sali zapadła cisza. Słowa Steadwicka wypłynęły z jego ust w gniewie, jednak mimo to nad nimi panował. Chciał jak najmocniej zranić swoich „przeciwników”. Nie był to człowiek, który potulnie zgadza się na rozkazy innych, czy nawet wyższych rangą – zawsze miał własne zdanie i w obronie swych racji był gotów walczyć, jednak wysoki poziom dyplomacji oraz nieprzeciętna charyzma, często pomagały mu unikać rozlewu krwi. Nie zmienia to faktu, że walczyć umiał dobrze – w końcu dowódcą jednej z brygad żołnierzy Ralissy, nie zostaje byle kto. Teraz jednak stare czasy minęły... Podczas kariery wojskowej, często było mu pisane walczyć z umarłymi. Widział ich poniżanie i wybijanie, jakby byli zwierzętami. W końcu jego duch sprawiedliwości nie wytrzymał i porzucił służbę, aby zdobyć wśród ludzi tytuł „Zdrajcy”, za cenę ogromnego szacunku nieumarłych. Z jego zdaniem bardzo liczył się Kel’Nazad, ba, niektórzy uważali, że bez Steadwicka, licz nie zdołałby wykonać nawet połowy osiągnięć, jakie udały mu się z pomocą człowieka – a jako iż przywódca „Ręki” cenił sobie lojalność, z czasem nawet zaprzyjaźnił się z najlepszym pomocnikiem.
- Wszyscy… wyjść… - powiedział w końcu przywódca umarłych zwracając się do reszty kręgu liczy, z „Ręki Śmierci”. Po chwili, został on sam na sam ze Steadwickiem.
- Co muszę… uczynić… aby cię przekonać…? – zadał pytanie Nazad, który miał już dość nieprzychylnych odpowiedzi Steadwicka.
- Daj mu czas – powiedział spokojnie człowiek. – Może i jego zdolności są na wysokim poziomie, jednak jego psychika, jeszcze nie jest gotowa na taki „cios”. Nie jest pewny, czy chce trzymać z nami.
- Moim zda…
- Mam gdzieś twoje zdanie!
Licza zatkało. Nigdy nie usłyszał takich słów od swojego wspólnika. Nazad spojrzał przyjacielowi w oczy. Mogłoby się zdawać, że z jego niewielkiej, łysej twarzyczki, za chwile wrosną płonące włosy, które zapalą się od żaru w jego ślepiach. Gałki oczne, które normalnie były brązowe, wyglądały teraz na czerwone od „ognia”, a wszystkie mięśnie na ciele Steadwicka napięły się tak bardzo, że aż biały orzeł na jego czarnej zbroi, zrobił się ze dwa razy większy. Przez chwile, licz obawiał się, że jeżeli faktycznie rozkaże, aby Ar-Kadar poddał się „rytuałowi wyzwolenia”, to „Zdrajca” rzuci się na niego z mieczem i podzieli jego szkielet, na małe kosteczki.
- Dlaczego…? Dlaczego… Jesteś przeciwny…?
- Już ci mówiłem – nie jest gotów. – Steadwick trochę ochłonął.
- Ale… Rada sądzi… że jest…
- Ale ja sądzę, że nie jest! – wykrzyczał ponownie zdenerwowany człowiek. – Mam ci przypomnieć co się stało z jego ojcem!? Rada też uważała, że jest gotowy! Nie mam racji!?
- Ale… to… chodziło… o… o co… innego… - Nazad zaczął robić przerwy nie na złapanie powietrza, a na zebranie myśli. Tak naprawdę, licz nigdy wcześniej nie był świadkiem, a tym bardziej uczestnikiem, tak trudnej rozmowy.
- No oczywiście. Bo Tord był synem, brata, przyjaciela, Darkinsa i było pewne, że poradzi sobie z presją po przemianie! No i poradził sobie… Wysadzając z dwa tuziny moich żołnierzy i pół tuzina twoich liczy! No. Przynajmniej trafiliście z tym, że był uzdolniony magicznie.
- Przestań! – wrzasnął z wielkim trudem, Kel’Nazad. - … Tord… nie… walczył… był… zmuszony… przez nas… na siłę… do wstąpienia… do nas…
- Weź jednak pod uwagę to, że twój uczeń, podobnie jak jego ojciec, nie jest jeszcze do nas przekonany. Ma w sobie wielką siłę woli i jak zapewne wiesz spore pokłady energii. Jego przemiana, mogłaby się skończyć jeszcze gorzej, niż jego ojca. – Steadwick wreszcie się uspokoił. Kel’Nazad siadł na jednym z krzeseł. Zaczął myśleć – przypominał sobie początki Kadara wśród szeregów „Ręki”. Był zdolny, jak jego ojciec, jednak czuł w nim tę wojnę. Niestety wyczuwał ją dalej… - Jednak Steadwick ma rację – pomyślał zasmucony licz, po czym zmienił cel swojego wzroku, z podłogi na twarz przyjaciela.
- W takim razie… co powinniśmy… uczynić?

- Słyszałeś o Tanaveshu? – odpowiedział po chwili człowiek.
- Tanaveshu…? Czy to… nie jeden… z proroków… ludzi…?
- Tak, to on.
- Ten sam… który przepowiedział… inkwizycję ludzi…? - Steadwick nic nie odpowiedział, lecz spokojnym kiwnięciem głowy dał do zrozumienia, że licz ma rację. – Hmmm… A co właściwie… ma to wspólnego… z naszym… planem?
- Widzisz. – zaczął „Zdrajca” – Chodzą słuchy, że nie tak dawno temu, Tanavesh ujrzał wizję… wizję, która okazała się wojną z nieumarłymi.
- Też mi… wielki wyczyn… większość ludzi wie… że szykujemy się… do wojny… Po prostu oni… wolą… milczeć…
- W twoim stwierdzeniu jest sporo prawdy. – Steadwick spojrzał przez okno na ćwiczących żołnierzy i zaczął przez chwilę rozmyślać o nadchodzącej wojnie. Zobaczył oczyma wyobraźni nieumarłych, szturmujących na Doreyol – stolicę ludzi. Obraz ten jednak szybko porzucił i błyskawicznie wrócił do rozmowy z przyjacielem. – Jednakże ktoś rozniósł plotkę, że w tej przepowiedni, jest wspomniane o jakimś „zagrożeniu śmierci”. Nie wiem jak mamy to interpretować – czy to my jesteśmy tym zagrożeniem, czy to zagrożenie jest skierowane w nas – zakończył przemowę, czekając na odzew licza.
- A więc… sądzisz… że powinniśmy… złożyć prorokowi… wizytę…? – Kel’Nazad zauważył na twarzy „Zdrajcy” przebiegły uśmieszek.
- Tak. Musimy udać się na obrzeża Bastowill i wypytać Tanavesha o to „Zagrożenie”.

Do Sali porośniętej różnego rodzaju roślinnością wbiegł mężczyzna ubrany w ciemnozieloną szatę. Jeżeli ktoś zobaczyłby go pierwszy raz, mógłby sądzić, że elf jest niegroźny, a to za sprawą jego niezbyt imponujących rozmiarów. Jego wzrost, można by wycenić na około pięć i pół stopy, a wagę, na trzy grony (jeden gron, jest odpowiednikiem dwudziestu kilogramów). Diagnoza ta byłaby bardzo omylna – Khan, bo tak na imię miał ten młodzieniec, należał do Hilery – organizacji założonej przez elfickich druidów, w celu przekazywania ich wiedzy dalej. Do jego zalet należy również dodać fenomenalne posługiwanie się kosturem oraz świetny kamuflaż, dzięki któremu nieraz udało mu się prześlizgnąć w szeregi nieumarłych, w celu zdobycia informacji. Gdy znalazł się już na końcu drogi, błyskawicznie zbliżył się do medytującej kobiety, lekko uniósł głowę i zaczął mówić.
- Tak jak powiedziałaś umarli zbliżają się do Wspólnego Lasu. Według moich informatorów jest ich około pięciu, jednak jeden z nich to sam wielki licz - Kel’Nazad. Co mamy czynić?
Kobieta słysząc te informacje, natychmiast przerwała medytację, stanęła na nogach i spojrzała na druida.
- Dobra robota Durenbingu. Tak jak przypuszczałam, nie zawiodłeś mnie – powiedziała elfka z uśmiechem na twarzy i założyła na siebie biały płaszcz.
- Zamierzasz wyjść im na „powitanie”? – zapytał, chcąc zaspokoić swoją ciekawość, młody adept.
- No cóż – zaczęła lekko marszcząc brwi. – Nie mogę pozwolić, by nieumarli spokojnie deptali naszą ziemię – natura nie jest z tego zadowolona.
- Ale weź pod uwagę, że Kel’Nazad jest bardzo potężny i może… może… może cię zabić – wydusił w końcu ze smutkiem Durenbing.
- O, Khanie – skwitowała to z uśmiechem elfka. -Kel’Nazad jest umarłym, nie ma najmniejszych szans w potyczce z żywą naturą. Poza tym, wiesz, że jestem doskonale wyszkolona do walki z umarłymi…
- Tak… - przerwał jej elf - …ale nigdy nie walczyłaś z liczem tak potężnym jak Kel’Nazad. Nie chcę, abyś zginęła, tak jak Patron – wyszeptał zgaszony Durenbing.
Lenis spojrzała na przyjaciela z żalem w oczach. Chwyciła go za szyję i mocno przytuliła.
- Nie martw się o mnie. Jakoś sobie poradzę – odpowiedziała szeptem do ucha Durenbinga, ściągając wcześniej jego kaptur. Gdy oddaliła twarz od jego ucha, ujrzała, że młody druid płacze - z jego pięknych zielonych oczu, płynęły łzy, który wydawały się być dłuższe, od długich, brązowych włosów, jakie posiadał. Lenis oddaliła się od niego, wstała i ruszyła w kierunku skrytki.
Wróciła dopiero po chwili – ubrana w brązową płytową zbroję, ze złotym drzewem na piersiach, po którym spływały jej blond włosy – o dziwo, niebędące (jak przeważnie) spięte w warkocz, a spokojnie opadające ku jej silnie umięśnionych barkom. Gdy odchodziła wymieniła jeszcze ostatnie spojrzenie z Durenbingiem. Młody elf poczuł się już trochę lepiej i odwzajemnił spojrzenie przyjaciółki. Gdy ta zbliżyła się do drzwi, jeszcze raz odwróciła się w kierunku druida.
- Uważaj na Stelis – powiedziała z nieszczerym uśmiechem, wiedząc, że Khan i Stelis są parą, po czym ruszyła przed siebie, ku spotkaniu z przeznaczeniem…

- Jesteśmy na miejscu – powiedział w kierunku Kel’Nazada, jeden z umarłych.
- No nareszcie! – wykrzyczał zmęczony długą podróżą Steadwick.
Władca nieumarłych, był zaskoczony widząc miejsce, przed którym teraz stał. Sądził, że Tanavesh zamieszkał w jakiejś ziemiance, oczekując na nagle objawienia. Teraz jednak stał przed jednym z wielu domów w tej okolicy, który ani nie był lichy, ani specjalnie mały. Wręcz przeciwnie. Wystarczyło spojrzeć na piętrowy dom, by ustalić, że właściciel był jednym z najbogatszych mieszkańców obrzeży Bastowill.
- Co tak stoisz? Rozmyśliłeś się, czy co? – zapytał w końcu „Zdrajca” widząc licza wpatrującego się w budynek od jakiś sześciu minut.
- Tak… już wchodzę… - odpowiedział w końcu Kel’Nazad kierując się ku wejściu.
W środku, mieszkanie wyglądało jeszcze bardziej okazale niż na zewnątrz. Wszędzie można było zauważyć złote misy lub kieliszki oraz wino… dużo wina.
- Tanavesh! – wrzasnął Steadwick, stojąc tuż obok schodów prowadzących na piętro. Już po chwili lekko opity i na rozebrany od pasa w górę mężczyzna, chwiejnym krokiem zszedł z piętra i ukazał się gościom.
- Co się u licha dzieje?! – odpowiedział zaskoczony prorok, skupiając się bardziej na kobiecie, którą zostawił w mieszkaniu, niż na rozmówcy.
- Masz pielgrzymów, chcących wysłuchać twojej przepowiedni – powiedział spokojnie „Zdrajca” zbliżając się do proroka i łapiąc go szybko za szyję.
- Kho… cio… kjst… - mówił z trudnością Tanavesh, próbując uwolnić się z uścisku.
- Radzę ci szybko wytrzeźwieć i pożegnać się z tamtą panienką, ponieważ chcemy posłuchać twojego „najnowszego dzieła” – Steadwick puścił człowieka, który twarzą przywalił w podłogę. Następnie spojrzał na niego gniewnie, dając mu do zrozumienia, że jeżeli nie wykona jego rozkazu, czekają go poważne kłopoty.
- Dobra – odpowiedział prorok dotykając twarzy i szyi, w celu sprawdzenia, czy nie otrzymał jakiś obrażeń – Za półgodziny, wszystko wam powiem.

- Gdzie on jest – powiedział już dziesiąty raz, w ciągu tej godziny, Steadwick. – Jeżeli nie zjawi się tu za dwie minuty, to osobiście się tam przejdę i wytnę mu język!
- Spokojnie… mamy czas… - odpowiedział w końcu Kel’Nazad, mając nadzieje, że uciszy przyjaciela. O dziwo na słowa licza „Zdrajca” zareagował dość niespodziewanie – nie dość, że zamilkł, to na dodatek przestał po raz setny okrążać pokój gościnny i stanął spokojnie przy jednej ze ścian. – Że też nie wpadłem na to wcześniej – pomyślał nieumarły, któremu dalej drżało w uszach, od krzyków Steadwicka. Drzwi na piętrze otworzyły się.
- No w końcu! – wykrzyczał bardzo wkurzony Steadwick. – Zaczynaj, nie mamy czasu.
- Ale mój panie… - zaczął niepewnie prorok. – Nie mogę tak po prostu zacząć wróżyć... – w tej chwili Tanavesh przerwał, wystraszony nagłym tupnięciem buta „Zdrajcy” o parkiet.
- Co! Miałeś już godzinę na przygotowania! – człowiek instynktownie wyciągnął „Gladiusa” i przystawił go gospodarzowi do gardła. – Gadaj!
- Tanaveshu… - przerwał tą beznadziejną, z punktu widzenia proroka, sytuację Nazad.
- T-t-t-a-k – zająknął się, z dalej przyłożonym do krtani mieczem, Tanavesh. Licz początkowo zignorował wróżbitę i skierował swój wzrok na przyjaciela, dając mu tym samym do zrozumienia, aby schował swoją broń. Steadwick, mimo iż nie był zadowolony z postanowienia władcy, opuścił „Gladiusa” od krtani wieszcza, jednak nie miał zamiaru pakować go do pochwy.
- Tanaveshu… - zaczął od nowa Nazad.
- Tak – odpowiedział cicho, jednak z większą pewnością, prorok.
- Czego… ci potrzeba…
- Nic wielkiego. Potrzebuję tylko… „rozjaśnienia”…, czyli po waszemu kieliszka wina. – po tych słowach, przywódca umarłych błyskawicznie skierował swój wzrok na przyjaciela, który już zaczął unosić „Gladiusa”, jednak, gdy tylko zauważył licza, postanowił zrezygnować ze swojego zamiaru.
- Shada… - zwrócił się Nazad do jednego ze strażników. – podaj… mu wino… - nekromanta bez najmniejszego sprzeciwu ruszył w kierunku kuchni. Po chwili wrócił w ręku trzymając kieliszek, w którym znajdowała się dość spora ilość bordowego wina. Shada podszedł do Tanavesha i wręczył mu alkohol, a prorok zaczął pić.
- I… jak… Czujesz… wizję…? – wieszcz nie odpowiadał, jednak spoglądając w jego oczy, można było zauważyć, że za chwilę zacznie mówić.
- „Nad światem stoi śmierć… zniszczenie ogarnia wszystko… Powraca zdradzony… zielona krew… rządny on zemsty… zagrozi wszystkiemu… i zniszczy nieład…” – proroka upadającego na ziemię, w ostatniej chwili złamał Steadwick. Kel’Nazad pomyślał. Przepowiednia nie mówiła nic, o czym nie wiedział. Zastanowił go jednak fragment o „zielnej krwi”, nie znał on bowiem żadnej rasy o takim kolorze krwinek.
- Chodzi o orków – przerwał myśl licza Steadwick.
- A skąd… to… przypuszczenie…?
- Zielony to kolor nadziei, a w orkowej krwi płynie nadzieja, że któregoś dnia zyskają spokój.
- No tak… ale czy nadzieja… nie dotyczy… każdego narodu…?
- Ależ oczywiście. – „Zdrajca” położył nieprzytomnego Tanavesha na krześle. – Jednak nie jest aż tak istotnym elementem jak u nich – nastała cisza. Nazad, mimo początkowego nastawienia, musiał przyznać człowiekowi rację.
- W takim razie – zaczął po chwili nieumarły. – Co teraz należy począć?
Steadwick tylko się uśmiechnął. – Należy zaatakować orków i wybić ich wszystkich. Nie możemy pozwolić, by ktoś zagrażał naszemu planu.
Licz był zaskoczony taką decyzją. Teraz dopiero zrozumiał, że jego przyjaciel odczytał tę przepowiednię zupełnie inaczej. I tak, podczas gdy on myślał, że orkowie ich zbawią, Steadwick upierał się, że to właśnie zielonoskórych, należy się obawiać.
- Na szczęście przygotowałem się na taką ewentualność. Wyruszamy do Enisto! – wykrzyczał podniośle „Zdrajca” – Colden na pewno będzie zadowolony, jeżeli poproszę go o rozwalenie kilku orkowych czaszek – uśmiechnął się jeszcze bardziej.
Kel’Nazad postanowił nic nie mówić… może faktycznie, jego przyjaciel ma racje…
- Dobrze… - powiedział zrezygnowany licz – ale… zostaw… Tanavesha… - dodał, zauważając, że Steadwick zaczyna lekko unosić „Gladiusa”, nad ciałem nieprzytomnego wieszcza…

- Panie. – Shad wyszedł przed resztę obrońców, aby móc pomówić z Nazadem.
- Tak…
- Powinniśmy zmienić ścieżkę – zaczął spokojnie nekromanta. – Moim informatorzy donieśli, że dzisiaj jeden z patroli ludzi będzie podróżował z Doreyolu do Bastowill. Jeżeli dalej pójdziemy tą drogą, na pewno ich spotkamy, a tego wolelibyśmy uniknąć.
- W takim razie… co proponujesz… uczynić…?
- Możemy przejść boczną drogą, niestety prowadzi ona w pobliżu Issandaru.
- Elfy… dalibyśmy radę… jakoś je… ominąć…? – zapytał niezadowolony, z takiego obrotu spraw, nieumarły.
- Ależ oczywiście. W pobliżu Issandaru, będziemy musieli udać się drogą prowadzącą przez las. Jedyne zagrożenie w tamtych terenach, to tylko pojedyncze wilki, co najwyżej leśny troll.
- Dobrze… przekaż Steadwickowi… abyśmy… skręcili… - odpowiedział zadowolony Nazad.

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy drużyna umarłych weszła do lasu. Był tutaj Nazad, Steadwick, Shad oraz trójka innych strażników. Wszyscy, z wyjątkiem „Zdrajcy” wydawali się być rozluźnieni – jedynie człowiek wyczuwał, że za chwilę będzie potrzebował pomocy „Gladiusa”.
- Teraz w prawo – skierował ekipę, Shad, pokazując ręką dalszą ścieżkę. Przywódcy umarłych, nie dziwiła tak dobra orientacja nekromanty w tych terenach – w końcu należał on do elfów. Gdy już wszyscy skręcili, jeden ze strażników usłyszał jakiś szelest. Odwrócił się i ujrzał strzałę, która wbiła mu się prosto w czoło i przyniosła natychmiastową śmierć. Pozostali odruchowo wyciągnęli bronie, czekając na dalsze ruchy napastnika. Z lasu wyskoczyła na nich dwójka łuczników oraz piękna elfka, dzierżąca w ręce długi miecz. Shad błyskawicznie skoncentrował w sobie energię śmierci, wypuszczając w kierunku dowódczyni czarną kulę, niestety zaklęcie chybiło. Strażnicy błyskawicznie ruszyli w kierunku strzelców. Jeden z nich oberwał strzałą podczas biegu, ale drugi dobiegł do celu i wykonując zręczne uniki oraz celne cięcia, zdołał zabić obu łuczników.
Lenis zmarszczyła brwi. Wiedziała, że sytuacja staje się skrajnie krytyczna i musi zacząć działać. Błyskawicznie skupiła swoje myśli za świetle, dzięki czemu po jej rękach zaczęła spływać złota energia. Wykorzystała to i wyrzuciła ją całą na ostatniego strażnika, powodując jego śmierć. Widząc to Shad, ruszył ze złością na elfkę, jednak był zbyt wolny, przez co Lenis zdołała zrobić szybki unik i ze stoickim spokojem, pociąć mu prawe żebra. Spojrzała przed siebie, została tylko ona i cel jej podróży – Kel’Nazad. Szybko zmierzyła go wzrokiem i ruszyła na niego z mieczem w rękach.
Sytuacja dla licza diametralnie się zmieniła. Teraz to on był w opłakanej sytuacji – maska ograniczała jego zdolności bojowe i magiczne w znaczący stopniu. Miał jednak nad elfką małą przewagę – był zdecydowanie bardziej doświadczony od swojej przeciwniczki i aby chcieć przeżyć, musiał to wykorzystać. Podobnie jak Lenis wyciągnął miecz i czekał na ruch agresorki. Zaczęła ona standartowo od frontowego cięcia, które zostało bezproblemowo sparowane przez licza. Elfka widząc niepowodzenie swojej akcji, przerzuciła miecz na drugą rękę i cięła trupa po prawych żebrach na tyle skutecznie, że nieumarły stracił chwilowo równowagę. W takiej pozycji, zamierzała wykonać ostatni cios, jednak umarły niespodziewanie wyczarował czarną kule, która odepchnęła Lenis na dobre dziesięć metrów. Nazad zaczął wstawać i jednocześnie przygotowywał czar „wyssania życia”. Wojowniczka w ostatniej chwili stworzyła świetlistą tarczę, która zablokowała zaklęcie nieumarłego i błyskawicznie wyrzuciła z siebie kulę życia, która natchnęła się na kulę śmierci, rzuconą przez Kel’Nazada. Zaklęcie spotkały się jakieś pięć metrów od każdego z bohaterów i eksplodowały. Licz spróbował spojrzeć przez dym, ale jedyne co zauważył, to świecące na jasnozielono, ręce elfki. Nagle poczuł, że coś z tyłu go złapało. Zerknął za siebie i ujrzał wielkie ożywione magicznie drzewo. Z przodu nadciągała już Lenis, trzymająca w ręku miecz i gotowa do ostatniego ataku. Zbliżyła się do licza i zatrzymała swój wzrok na jego czarno-czerwonej masce. Bez żadnego słowa namierzyła miecz na twarz nieumarłego, gdy nagle ent runął. Była tak zaskoczona tym, co się wydarzyło, że aż opuściła miecz. Wtedy poczuła w brzuchu ból. Zwiesiła głowę na dół i ujrzała miecz, która przebił jej ciało.
- Proszę, proszę. Czyż to nie Lenis Windspear? – powiedział głos stojący za elfką. Z wielkim trudem odwróciła łepetynę i ujrzała przed sobą, śmiejącą się twarz Steadwicka.
- A więc trzymasz dalej trzymasz z nieumarłymi Lordzie Steadwicku… a może powinnam powiedzieć… „Zdrajco” – człowiek na to słowo docisnął miecz jeszcze bardziej, a następnie wyciągnął go z ciała elfki, która zawyła z bólu, a następnie nieprzytomna upadła na ziemie.
Wojownik schował „Gladiusa” i błyskawicznie podbiegł do Nazada.
- Panie! – krzyknął – nic ci nie jest?
- Nie… - mówił zmęczony licz. – Ucierpiał… tylko… mój… honor…
Steadwick spojrzał na ciało Lenis, leżące w kałuży krwi. – Możemy spróbować ożywić ją, jako nieumarły.
- Nie… - przerwał mu szybko umarły. – Znajduje się… zbyt… blisko… drzewa… życia… Wiedziała… gdzie zaatakować… - uśmiechnął się licz. – Ruszajmy… do Enisto… straciliśmy tu już… zbyt… wiele czasu… - „Zdrajca” pokiwał tylko głową w geście zgody, po czym oboje udali się w kierunku południa.

Upewniwszy się, że Nazad i Steadwick są już daleko, Shad wstał i ruszył w kierunku ciała Lenis. Uklęknął przed nim i spojrzał nań z przerażeniem. Dopiero po chwili złapał ją za szyję i mocno przytulił. Niespodziewanie, poczuł bijące serce…


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Hidden dnia Pią 23:00, 19 Mar 2010, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Cro
Generał armii
Generał armii


Dołączył: 20 Gru 2007
Posty: 3376
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 45 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 22:00, 23 Gru 2009    Temat postu:

Przeczytałem 2 pierwsze rozdziały, i podoba mi się. Świetny klimat, opowiadanie wciąga, fabuła nieźle się klei. Jest dobrze. 8\10 .

(Niech userów nie zniechęci długi tekst, gdy już was wciągnie, wydaje się wam że jest, za krótki Smile ).


Ooo. Fajnie, że skomentowałeś, bo się zastanawiałem czy czytać. Przeczytam więc jak Jarnek skończy - nie lubię czekać.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
cycu814
Czeladnik


Dołączył: 17 Kwi 2010
Posty: 43
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: ITakTamNieTrafisz
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 20:55, 19 Kwi 2010    Temat postu:

Dla mnie? 9 i OGROMNY +. 10 dam, jak poznam całość Very Happy

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hidden
Wojownik


Dołączył: 09 Lis 2007
Posty: 952
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 1/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 23:58, 15 Lip 2010    Temat postu:

Tak o to nastał dzień wielkiego powrotu mojego opowiadania. Zapraszam do czytania oraz opinii. Proszę również o solidną, ale popartą argumentami krytykę, bym mógł z rozdziału na rozdział, tworzyć coraz lepsze działa.
Dodatkowo jestem ciekaw, czy chcecie żebym wprowadził małą encyklopedie na końcu każdego rozdziału (coś podobnego do tego, co daje Hadriel)?
Dobra, dość tego paplania, czas na czytanie Razz.

Rozdział IV: Złote Lata

- Szybciej Shakal! Czekamy już tylko na ciebie! – wykrzykiwała Granda w kierunku okna pokoju, w którym znajdował się jej przyjaciel. Zdołała przez ten cały czas zachować w głosie spokój, jednak na zielonej twarzy, zaczęły się już pojawiać spore oznaki irytacji.
- No już, zaczekajcie jeszcze chwilę! – powtarzał już chyba dziesiąty raz. Zaczynał mieć nawet obawy, że w przypadku dalszego odwlekania spotkania ze znajomymi, Granda normalnie, jakby nigdy nic, wpadnie z uśmiechem przez okno i po szybkim kopniaku w genitalia, wywlecze go półżywego na dwór. Na horyzoncie zaczął się jednak malować powód opóźnienia, który teraz okazał się wybawieniem, a tak dokładnie, to niewielki topór bojowy, który był niezbyt skuteczny do poważnej walki, ale na pokonanie kilku piaskowców, nadawał się wyśmienicie.
- Dobra. Jestem gotów! – zaraportował Shakal w kierunku swojej „przełożonej”, po czym zadowolony, wyleciał z pokoju ku jej spotkaniu.
Podczas opuszczania murów domu przypomniała mu się ostatnia „akcja” Gakasha, który wystawił swoją nogę na próg tak dokładnie, że zaowocowało to serią efektownych salt u biednego poszkodowanego. Tym razem jednak Shakal przyrzekł sobie, że drugi raz, nie popełni tego samego błędu.
- Jestem! – wykrzyczał na wejściu, popisując się jednocześnie efektownym skokiem nad nogą przyjaciela. Chwila triumfu nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ z przeciwległej strony nadleciała pięść, która skutecznie powaliła go na ziemie.
- Mam cię! – krzyknął w geście zwycięstwa Mokal. – To cię oduczy spóźniania – dodał, z ironicznym uśmiechem i charakterystycznym dla niego płomieniem w fioletowych oczach. Błyskawicznie jednak podał rękę ku leżącemu na ziemi przyjacielowi.
- Wredne orki – zareagował tylko dysząc i chwytając rękę kolegi.
- Orkowie! - poprawił go z oburzeniem Mokal, przez co nawet nie poczuł, że traci grunt pod nogami.
- To ja cię mam – dodał Shakal, tuż po efektownym położeniu kompana na łopatki.
- Wystarczy dzieciaki! Mamy coś do zrobienia – oburzyła się Granda, która pojawiła się w tej chwili niewiadomo jak i niewiadomo skąd. Wbrew wyrzuconym z siebie słową, była ona najmłodszą osobą w grupie, ponieważ przyszła na świat dopiero czternaście wiosen temu. Ktoś widząc ją z boku, mógł ją przyrównać do róży – niezmierna urodziwość, do której świetnym dodatkiem były włosy i oczy koloru pomarańczy, stawiały ją w czołówce przedstawicielek rasy orków, a niesamowity, wręcz męski charakter przywódczy, tworzyły połączone wręcz mieszankę wybuchową.
- Spokojnie Granda – polecił ze standardowym dla niego stoickim spokojem, przyglądający się z boku całej sytuacji Gakash. – Nie ma to jak mała rozgrzewka przed polowaniem – dodał, po czym oparł się o ścianę i powrócił do swojego świata marzeń. Każdy, kto widział go z boku, mógłby szybko dojść do wniosku, że nie jest on normalnym orkiem. W istocie ten ktoś miałby sporo racji. Gakash miał siedemnaście lat, co powodowało, że był najstarszy w ekipie. Mógłby spokojnie pełnić obowiązki Grandy, ale brak mu było zapału i zdolności przywódczych, przez co zdecydował się nie mieszać w sprawy dowództwa. Wbrew jego spokoju i zdolnością częstej analizy (która była dość powolna), walczył zdecydowanie najlepiej z drużyny i nawet dużo starsi od niego mieszkańcy Ursus, obawiali się potyczek z nim. Jego ubiór też znacząco wyróżniał go spośród rówieśników. Nigdy nie zakładał kolczugi, czy innego obronnego odzienia. Chodził w normalnej, czarnej koszuli i spodniach wykonanych ze skóry. Włosy miał długie, brązowe, które zawsze rozpuszczał luzem, co w połączeniu z jego lekko kobiecymi rysami twarzy, sprawiało że niektórzy mylili nawet jego płeć.
- Dobra już, dobra. Musiałem mu się jakoś zrewanżować za ten cios – wyrzucił beznamiętnie Shakal, po czym na jego twarzy zaczął pojawiać się niewielki uśmiech. Mimo iż narodził się dopiero piętnaście lat temu, jego zwinność była wręcz nieprawdopodobna jak na orka, przez co już teraz został nazywany „najzwinniejszym orkiem, jakiego wydała pustynia”. Zdolności bojowe też były u niego na bardzo wysokim poziomie – głównie z powodu czerwonych oczu, które zwiększały jego szał krwi. Ubierał się niczym doświadczony wojownik orków – spotkanie go bez kolczugi i ochraniaczy na nogi, graniczyły wręcz z cudem, a topór na jego plecach, w przypadku gdy gdzieś nie zaginął, świadczył o jego gotowości do walki. Dodając do tego krótkie włosy i zarost, wielu mogłoby się pomylić w ocenie wieku Shakala. – No, dość już tego leżakowania. Wstawaj – zakończył przyjacielską potyczkę, podnosząc poległego przyjaciela na nogi.
Mokal był zdecydowanie najsłabszy z całej czwórki. Jego umiejętności ledwo wystarczały, by pokonać małego piaskowca, a potulna postura, stawiała go w zupełnie innej sytuacji niż Shakala – jego wiek był raczej zaniżany, aniżeli prawidłowo wytypowany. Tym większe mogło być zdziwienie osób trzecich, gdyby się dowiedzieli, że on i „najzwinniejszy ork jakiego wydała pustynia” pochodzą z tego samego rocznika. Z drugiej strony był on zdecydowanie najlepszym taktykiem w drużynie. Nie raz jego zaplanowane ruchy sprawiały, że grupie udało się omijać siedliska bladescarów, bez zwracania na siebie najmniejszych uwag. Po za smukłą sylwetką, posiadał nietypowe dla orków złote włosy oraz zielone oczy.
- No, skoro już wszyscy gotowi i w jednym kawałku, to możemy ruszać. Dość czasu już straciliśmy – wydała sygnał Granda, a reszta ekipy, która podzielała jej zdanie, udała się tuż za nią, w pobliże Zachodniej Oazy.

Podróż nie trwała zbyt długo, ponieważ Ursus znajdowało się niecałą mile, od jej wschodnich krawędzi. Był to piaszczysty teren, miejscami porośnięty nieliczną roślinnością. Jeżeli zapędzić by się trochę w głąb tego terytorium, można by zauważyć liczne baseny wodne, które jak na pobliskie warunki, zawierały dość spore ilości pożądanej cieczy. Nie to było jednak celem grupy...
- Praży tu jak nigdy – zaczął jęczeć niczym niemowlak Mokal i mimo iż miał sporo racji, reszta ekipy skwitowała jego zachowanie wyrazem twarzy, prędzej mającym na celu politowanie, aniżeli okazanie jakiegokolwiek współczucia.
- Nie mazgaj się tak, to już niedaleko – zlitował się w końcu Gakash, licząc na to, że tymczasowo uspokoi kompana.
Grupę prowadziła oczywiście Granda, której podniecenie wynikające z rangi zadania, nie tyle rozluźniało, jak motywowało do skutecznego wykonania misji w jak najlepszym czasie i stylu. Za nią wlekli się wspomniani Mokal i Gakash. Ten drugi miał już dość majaczenia towarzysza w takim stopniu, że po głowie zaczęły chodzić mu myśli, o agresywnym uciszeniu go. Na samym końcu pewnie stąpał na piasek Shakal, nie mogący się już doczekać łomotu, jaki sprawi tej biednej grupce piaskowców. Z minuty na minutę, zaczynał mieć jednak coraz większe obawy, aż w końcu nie wytrzymał i palnął bez namysłu do swoich towarzyszy.
- Trochę to dziwne, że nie zaatakował nas jeszcze żaden z piaskowych. Ostatnimi czasy, w tym miejscu mój topór był już nieźle rozgrzany, ale dzisiaj wszystkie po prostu zniknęły.
- A tam, nie narzekaj – skwitował wszystko spokojnie Gakash. – Im mniej walki tym lepiej – uśmiechnął się na zakończenie tych słów. Jednakże po następnej próbce jęczenia Mokala, zaczynał powoli żałować, że nie może się jakoś zrelaksować. Przemyślenia jednak przerwał mu dość stanowczy głos „przywódczyni” grupy.
- Jesteśmy na miejscu. Przygotować się! – krzyknęła ile sił w gardle, wskazując palcem na niewielką grotę, prowadzącą zapewne do większej sieci kopalń akishu (twardego piasku). Według raportów od nieuzbrojonych kopaczy, została ona najechana przez kilka grup piaskowców. Nie byli oni zbyt groźni, jednak w ilości jakiej zalali kompleks, nie dali żadnych szans górnikom na skuteczną obronę.
- No to na co czekamy – przerwał chwilę milczenia Shakal. – Czas na zabawę! – krzyknął niczym szaleniec i ruszył w podobnym stylu w głąb tunelu.

- Cholera! Jak zwykle musiał się wyrwać! – wyrzucała co chwila z siebie, porządnie wkurzona Granda. – Mógł zaczekać, ale nie! On woli powyrzynać te wszystkie piaskowce sam! Jakby go w ogóle teraz znajdziemy!
- Uspokój się – stonował ją ze stoickim spokojem Gakash. – Shakal to nie jest mały chłopiec. Na pewno wyjdzie z tego cało, nawet gdyby napadły na niego trzy stada piaskowców – zakończył swoją przemowę, po czym skierował swoją głowę ku przyjaciółce. – No i może byśmy zaczęli go gonić – dodał puszczając oczko. Granda tylko skinęła głową i wydała znak, by kontynuować marsz. Nie zdążyła jednak wychwycić tego, że tajemnicza postać w czerni, obserwuje z góry każdy ich ruch…

- Chodź tu gadzie! – krzyczał z radości Shakal, nadziewając na swój topór dwunastego już piaskowca. Był już przyszykowany do biegu ku następnemu tunelowi, gdy nagle poczuł ogromny ból w plecach. Nie mógł zrobić nic innego, aniżeli upaść na kolana i patrzeć w drogę przed sobą, z której zaczęły wychodzić kolejne piaskowce. – Cholera! Co się dzieję! Dlaczego nie mogę nic zrobić! – krzyczał w myślach, widząc jak niewielki oddział przeciwników zbliża się coraz bliżej. Jego oczy zaczęły płonąć jak nigdy dotąd. Był to jednak płomień zupełnie inny niż wcześniej – zamiast koloru czerwieni, emitował silnym turkusem. Wrogowie, którzy byli już bardzo blisko, zostali błyskawicznie odrzuceni po wszystkich stronach jaskini. Dla piaskowców był to zdecydowanie zbyt potężny cios – wszystkie padły na miejscu. Ork poczuł, że jego siły zaczynają powracać. Stanął pewnie na nogach, po czym odwrócił się w kierunku przeciwnika w ciemnych szatach, który zapewne był zaskoczony nieświadomym atakiem. Shakal czuł, że jego siła się zwiększa, jednak za cenę coraz większej utraty świadomości. Tymczasem tajemniczy osobnik chwycił miecz i ruszył w celu wykonania ataku. Zielonoskóry padł na ziemię, jednak nigdzie nie można było odnaleźć śladów krwi. Wojownik był jeszcze bardziej zdumiony, jednak nie miał zbyt wiele czasu na analizę zdarzenia, ponieważ w jego kierunku zaczęły zbliżać się dwie błyskawice, których z ogromnym trudem udało mu się uniknąć. Był to jednak zły ruch, ponieważ po uniku czekał już na niego topór orka, który wbił mu się skutecznie w klatkę piersiową. Shakal, dalej pozostając w fazie nieświadomości, spojrzał na swojego rywala z politowaniem, po czym wymierzył w jego kaptur kulę energii, która całkowicie rozwikłała sprawę tajemniczego osobnika, po którym pozostał jedynie płaszcz. Młodziak zaczął czuć, że powraca do ciała, jednak było to dla niego tak kosztowne, że ostatnią rzeczą, jaką zdołał zrobić, to podparcie się na swojej broni. Po chwili jednak nie starczyło mu sił nawet na tyle. Spokojnie runął na ziemie i zasnął tak, jakby nigdy to się nie wydarzyło.

- Wiedziałam. Wiedziałam, że zabłądzimy! – wrzeszczała coraz bardziej poirytowana bezustannym zarzynaniem piaskowców Granda.
- Dobrze jest, zmierzamy właściwą ścieżką – próbował nieudolnie uspokoić ją Mokal. – Gdzieś tu na pewno jest Shakal…
- Gdyby był tu Shakal – przerwała mu bez pardonu. – To byśmy nie musieli do cholery przedzierać się przez te pieprzone piaskowce!
- Chyba faktycznie… zabłądziliśmy – wyrzucił beznamiętnie po dość długim okresie ciszy Gakash.
- Świetnie. Kolejna fachowa opinia, bez której nie dalibyśmy sobie rady! Gdyby tylko… - zacięła się na chwilę, zauważając dookoła porozrzucane ciała piaskowców. – No. Świetnie, w końcu jesteśmy na właściwym tropie. Niech na ja cię tylko dopadnę Shakal – groziła bez przerwy, co jej towarzysze skwitowali z błagającym o politowanie wyrazem twarzy.
- A nie mówiłem, że jesteśmy na właściwej ścieżce – wypalił zadowolony z siebie Mokal, który najwyraźniej był bardzo z siebie dumny. Chwila ta nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ idący tuż za nim Gakash, odrzucił go za siebie, wyciągając jednocześnie ciężki miecz.
- Granda! Za mnie! Szybko! – krzyknął niczym opętany, wyskakując przed nią. Dopiero teraz reszta mogła zauważyć, jaki był powód nerwowego zachowania towarzysza. Był nim bladescar, który najwyraźniej urządził sobie bufet z ciał piaskowców i nie był zadowolony z tego, że ktoś przeszkadza mu w uczcie. – Wycofaj się! – polecił szybko towarzyszce, mając na myśli jak najszybsze uratowanie Shakala. Granda skinęła tylko głową i ruszyła drugim korytarzem, mając nadzieję jak najszybciej trafić na zaginionego.
Tymczasem Gakash kontynuował pojedynek siłowy z potworem. Mimo iż miał zdecydowaną przewagę siłową, musiał mieć na uwadze szybkość przeciwnika, która nieraz okazała zbyt trudną do wychwycenia nawet dla doświadczonych wojowników. Co sekundę czuł że słabnie i jest dość blisko utraty przewagi. Błyskawicznie wycofał miecz i zdecydował się na szybkie cięcie. Niestety bladescar wykorzystał ten moment uciekając szybko w bok, a następnie wyprowadzając atak w lewą łydkę orka. W ostatnim momencie napotkał on jednak na swojej drodze opór, w postaci miecza młodego wojownika, który w tej pozycji kopnął krwiożercze zwierzę prosto w czaszkę. Nie był to cios który mógł zakończyć potyczkę, a tylko dać trochę czasu na przemyślenie następnego ruchu. Popędzany szałem potwór zawył, przygotowując się do następnego ataku.

- Jak zwykle musieliśmy się przez niego wpakować w kłopoty – gadała sama do siebie, chcąc usunąć strach, związany ze zniknięciem kompana. Biegała ile sił w nogach po całej kopalni, jednak jedyne co zdołała napotkać, to ciała poległych piaskowców. Patrząc na nie, myślała tylko o Shakalu, który właśnie w tej chwili umiera, pod naciskiem odniesionych przez niego ran. „Może tutaj”, przeszła jej po głowie myśl, skręcając w dość jasną alejkę, do której wejścia broniły pięknie prezentujące się trupy piaskowców. To co ujrzała w środku, wielce ją przeraziło. Z trudem przełknęła ślinę, widząc tyle ciał potworów w jednym miejscu. Na środku jaskini leżał jej nieprzytomny towarzysz, który prawie spowodował u niej zawał serca. Podbiegła do niego szybko i podniosła go na swoje barki. Był bardzo ciężko, ale jakimś cudem udało jej się go unieść.
- Dalej! Wstawaj! – krzyczała bijąc go po twarzy. Nie dawało to jednak żadnego skutku. Jej przyjaciel dalej był nieprzytomny, a jedyne oznaki życia jakie można było u niego wyczuć, to oddech i bijące serce. Resztkami sił uniosła Shakala na plecach i ruszyła ku wyjściu z kopalni, chociaż tak naprawdę nie wiedziała, którą ścieżką powinna ruszyć. Gdy oddaliła się na bezpieczną odległość, w tunelu pojawiła się postać w ciemnych szatach, zupełnie taka sama, jaką pokonał młody ork. Rozejrzała się ona dookoła, po czym błyskawicznie ruszyła w pościg za Grandą.

- Twardy jesteś – wyrzucił z siebie Gakash, cały czas próbując zatrzymać krwawienie z prawej łydki. Bladescar był jednak w znacznie gorszym stanie – liczne obrażenia na głowie oraz brak jednej z przednich łap powodowały, że bardziej czołgał się po ziemi, aniżeli zbliżał w kierunku przeciwnika. – Ale dość tego, czas już kończyć – wypowiedział beznamiętnie, błyskawicznie doskakując do potwora i przecinając go w pół.
- Świetnie! Jesteś najlepszy! – zaczął wykrzykiwać przyglądający się całej walce z boku Mokal.
- Nie – zaprzeczył młody wojownik. – Dałem się trafić – dodał, cały czas trzymając się za prawą łydkę, która mimo zanikającego krwawienia, bolała coraz bardziej.
- Czas ruszać – uśmiechnął się w końcu, po krótkiej chwili namysłu. – Pewnie Granda i Shakal już na nas czekają – zakończył, rzucając miecz na plecy i powoli kierując się w stronę tunelu. – To którędy teraz – odwrócił wzrok w kierunku towarzysza, nie zauważając zagrożenia, czyhającego tuż za jego plecami. Niespodziewanie jego prawy bark został przebity przez tajemniczy miecz agresora, stojącego za nim. Gakash nie miał nawet sił na odwrócenie głowy. Gdy klinga odsunęła się od jego ciała, bezwładnie upadł na ziemie. Był w ciężkim stanie, jednak dalej miał siły by dyszeć. Za leżącym orkiem pojawiła się postać ubrana w ciemne szaty, ze złowieszczym kapturem na twarzy, spod którego słychać było wyraźne warczenie. Mokal nie wiedział co ma uczynić – padł bezwładnie na ziemie, a jego oczy napełniły się łzami. Tajemnicza postać, nie zbliżała się jednak do niego… Tak, jakby co coś, na kogoś czekała.

- Zbudź się do jasnej cholery! – wrzeszczała Granda, bijąca swojego towarzysza wystarczająco długo, by na jego policzkach pojawiły się czerwone siniaki. Nie miała jednak czasu na chwilę spokoju, ponieważ cały czas na ogonie siedziała jej mroczna postać, która najwyraźniej cały czas ich obserwowała. – Pisząc się na to zadanie nie miałam pojęcia, że będą nas ścigali jacyś fanatycy do cholery! – zadawała się mówić do Shakala, mając nadzieję, że może to jakoś pomoże w jego przebudzeniu, niestety, bez rezultatów. Po kilku chwilach pościgu, sytuacja wydawała się być zamknięta. Przez swoją nieuwagę, młoda orczyca trafiła na ślepy zaułek. – Ale… jak… - powiedziała, jakby nie wierząc w to, co teraz widzi przed oczyma. Chciała uciekać, ale w jej głowie zapadła już decyzja – Będę walczyć! – powiedziała sobie, kładąc Shakala na ziemi i wyciągając swój topór. Spokojnym krokiem zbliżyła się do przeciwnika, który w międzyczasie zdążył już przyszykować miecz. Oboje ruszyli na siebie z ogromną siłą, jednak żadne nie zdobyło przewagi. Następnie krok w bok i szybkie cięcie… Znowu sparowane przez przeciwnika. Wymiana ciosów trwała już kilka minut, jednak żaden z walczących nie mógł narzucić własnego stylu – wszystkie ruchy jakie jeden z nich wykonał, miały taką samą odpowiedź u przeciwnika. Wiedzieli, że ktoś musi przejąć inicjatywę w tym boju, jednak nikt nie mógł tego dokonać, a każdy szybki cios dostawał w odpowiedzi równie szybki i elegancki unik. Walka mogłaby trwać i trwać… Nagle jednak, coś zachwiało walczącymi – ogromna energia, dobiegająca z końca tego tunelu. Granda nie miała pojęcia co się dzieje, ale już tajemniczy osobnik, miał wszystko jakby pod kontrolą. Posłał on błyskawiczną serię potężnych ciosów w kierunku orczycy, której ta nie mogła w żaden sposób zablokować. Jej topór padł na ziemie, a przeciwnik szykował się już do ostatecznego ataku, który błyskawicznie wykonał. Na ziemi, pojawiła się ogromna kałuża krwi. Wojownik spojrzał spokojnie przed siebie.
- Dlaczego? – dodał tylko, bezradnie upadając na kolana. Skłonił głowę, dzięki czemu mógł ujrzeć ogromną dziurę w miejscu, gdzie powinna znajdować się klatka piersiowa. Ostatni raz zawył z bólu i ostatecznie wyzionął ducha. Po chwili jego ciało zniknęło…

- Czy to już koniec? – zadała sobie pytanie, wiedząc, że powinna być martwa. Bólu jednak nie było. Otworzyła jedynie pomarańczowe oczy. Zobaczyła jedynie krew… krew, która nie należała do niej. Rozejrzała się wokoło. Za sobą zauważyła dalej nieprzytomnego Shakala. Co ciekawe ściana, która wydawała się być ślepą uliczką, zniknęła. Za nią zauważyła rannego Gakasha oraz nieźle poturbowanego Mokala. Stanęła szybko na nogi i próbowała to wszystko ogarnąć. Poczuła jednak, że traci siły. Osuwała się bezradnie w dół i prawie by upadła, gdyby nie tajemnicza interwencja z zewnątrz. Odwróciła głowę i to co zobaczyła, przeraziło ją wielce.
- Ur… Colan? – zdołała tylko wydusić, po czym straciła przytomność.

- To cię oduczy… niepodporządkowywaniu… się… - wyrzucił Kel’Nazad, patrząc z politowaniem na Coldena. – Zapytam więc… raz jeszcze… Wesprzesz nas… w ataku… na wschodnią… pustynie…?
- Tym razem radzę nie odmawiać, bo może się to skończyć znacznie gorzej niż pożarem twoich marnych ogrodów – doradził Steadwick, cały czas przykładając „Gladiusa” do krtani człowieka.
- No… Czekam… Colden! – ponaglał licz, chcąc jak najszybciej wyłonić z niego jak najszybszą odpowiedź. Nie doczekał się jednak zamierzonego skutku.
- Rozumiem… - zaczął spokojnie po chwili. – Steadwick… zrób to…
- Czekaj! – krzyknął w końcu Enisto, któremu niezbyt widziała się perspektywa śmierci. Zwłaszcza z rąk nieumarłych. – No dobrze. Niech będzie – mówił szybko i nieskładne.
- Świetnie. Widzę, że w końcu się jakoś dogadujemy „władco” – zaszydził „Zdrajca”, wycofując swój miecz.
- Zrobię wszystko. Tylko błagam, zostawcie mnie i moje miasto w spokoju – przyklęknął przed Nazadem, co owocowało poddaniem się jego woli.
- Świetnie… Jutro twoje wojska… mają doszczętnie zniszczyć… Terrus… Ursus… i Darribus… Nie mam pojęcia… jak maja się tam dostać… w takim czasie… ale jeżeli ci się nie powiedzie… Moje oddziały przejdą dalej… Aniżeli w dzielnice ogrodów… Rozumiemy… się…? – zakończył licz, przyzywając do siebie Steadwicka.
- I tak zniszczymy to miasto. Mam rację? – uśmiechnął się w kierunku mistrza.
- Tak… - zadumał Kel’Nazad. – Ale wszystko w swoim czasie…


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Hidden dnia Czw 23:58, 15 Lip 2010, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hadriel
Wojownik


Dołączył: 10 Gru 2008
Posty: 717
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 9 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 07:14, 16 Lip 2010    Temat postu:

No, no klimatycznie bardzo pięknie się prezentuje. I jest nawet pustynia tu masz dużego plusa. Ogólnie 9+. Czekam na resztę.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Gothard
Generał armii
Generał armii


Dołączył: 11 Lip 2008
Posty: 3635
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 34 razy
Ostrzeżeń: 5/5
Skąd: wiem, że to czytasz?
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 08:02, 16 Lip 2010    Temat postu:

Cóż...ta legenda Jarneku to był mój pomysł dla ścisłości ;]
I po za tym opowiadanko też gut. Wszystko się trzyma kupy i napisane jak należy.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hadriel
Wojownik


Dołączył: 10 Gru 2008
Posty: 717
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 9 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 11:38, 16 Lip 2010    Temat postu:

Sorki wcześniej nie doczytałem. Cóż nie wiem czy ja tez mam się na ten temat wypowiadać ale zrobienie małej encyklopedii jaką ja tworzę to będzie dobry pomysł. Pomorze to lepiej zrozumieć niektóre zagadnienia książki.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum GOTHIC WEB SITE Strona Główna -> Twórczość własna użytkowników Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin